Obywatel to obywatel. Niebezpieczna granica w narracji Mentzena po wyborach w Szwecji

Głos wrzucany do urny podczas wyborów w Szwecji

Sławomir Mentzen wykorzystał niezwykle wyrównane wybory parlamentarne w Szwecji do postawienia daleko idącej tezy dotyczącej imigracji i obywatelstwa. Lider Nowej Nadziei napisał, że o wyniku miały zdecydować głosy imigrantów, a następnie wezwał do jak najszybszego zatrzymania nadawania polskiego obywatelstwa, aby podobna sytuacja nie wydarzyła się w Polsce.

Do wpisu dołączył fotografię materiału wyborczego w języku arabskim, przedstawiając go jako „instrukcję głosowania od szwedzkiego odpowiednika PKW”. Samo określenie „instrukcja głosowania” jest technicznie prawdziwe, jeśli rozumiemy przez nie wyjaśnienie procedury. Kontekst wpisu sugeruje jednak znacznie więcej – jakby państwo szwedzkie w szczególny sposób mobilizowało imigrantów, których głosy następnie przesądziły o zwycięstwie lewicy.

Problem w tym, że ani treść pokazanego dokumentu, ani szwedzkie zasady wyborcze nie potwierdzają takiej interpretacji.

Co naprawdę znajduje się na arabskiej „instrukcji”?

Materiał pokazany przez Mentzena pochodzi od szwedzkiej administracji wyborczej. Jest przygotowany w języku arabskim, ale nie zawiera żadnej sugestii dotyczącej partii, kandydata ani programu politycznego.

Jego tytuł oznacza „Tajność głosowania”. Wyborca dowiaduje się z niego, że sam podejmuje decyzję, na kogo oddać głos, powinien samodzielnie wybierać kartę wyborczą i przebywać za osłoną, a po wrzuceniu głosu do urny nie można ustalić, kto na kogo zagłosował.

To dokładne przeciwieństwo instrukcji politycznej. Materiał ma chronić wyborcę przed wpływem innych osób i wyjaśniać jedną z podstawowych zasad demokratycznych wyborów – ich tajność.

Szwedzka administracja udostępnia informacje wyborcze w różnych językach po to, aby osoby posiadające prawo głosu mogły zrozumieć procedurę. Sam fakt, że informacja została przygotowana po arabsku, nie świadczy ani o preferencjach politycznych odbiorcy, ani o próbie nakłonienia go do głosowania na określoną partię.

Kto mógł głosować na szwedzki parlament?

To rozróżnienie jest szczególnie ważne, ponieważ w Szwecji odbywały się jednocześnie wybory parlamentarne, regionalne i samorządowe.

W przypadku wyborów do Riksdagu – czyli szwedzkiego parlamentu, którego wynik komentuje Mentzen – prawo głosu przysługuje osobie, która najpóźniej w dniu wyborów ukończyła 18 lat, jest obywatelem Szwecji oraz jest lub była wpisana do szwedzkiego rejestru ludności.

Inne zasady dotyczą wyborów regionalnych i gminnych. W nich mogą uczestniczyć również mieszkający w Szwecji obywatele innych państw Unii Europejskiej, Islandii i Norwegii, a po spełnieniu wymogu odpowiednio długiego zamieszkania także osoby posiadające inne obywatelstwo lub bezpaństwowcy.

Jeżeli jednak mówimy o tym, kto wybierał szwedzki parlament, sprawa jest jednoznaczna: osoba głosująca musiała posiadać szwedzkie obywatelstwo. Mogła urodzić się w Sztokholmie albo w Syrii, Iraku, Polsce czy Somalii. Z punktu widzenia prawa wyborczego była szwedzkim obywatelem i jej głos miał dokładnie taką samą wartość jak głos każdego innego obywatela.

Czy rzeczywiście „imigranci zdecydowali o wyniku”?

Na obecnym etapie liczenia głosów centrolewicowy blok ma minimalną przewagę nad prawicą. Wynik jest bardzo wyrównany, a ostateczne rezultaty wymagają jeszcze formalnego potwierdzenia.

Nie wynika z tego jednak, że można wskazać konkretną grupę pochodzenia i stwierdzić, że to właśnie ona „zdecydowała o wyniku”.

Szwedzkie wybory są tajne. Po przeliczeniu karty nie można powiązać jej z konkretnym wyborcą. Oficjalny wynik nie zawiera więc informacji o tym, czy dany głos oddała osoba urodzona w Szwecji, naturalizowany obywatel, osoba mająca rodziców pochodzących z innego państwa czy obywatel posiadający podwójne obywatelstwo.

Badania społeczne mogą później pokazywać preferencje poszczególnych grup, a wyniki konkretnych dzielnic pozwalają analizować geograficzne różnice poparcia. To jednak coś zupełnie innego niż możliwość wykazania, że właśnie „głosy imigrantów” przesądziły wynik wyborów.

Mentzen nie proponuje odebrania głosu obecnym obywatelom, ale problem pozostaje

Mentzen w swoim wpisie napisał, że Polska powinna „jak najszybciej zatrzymać wydawanie polskich obywatelstw”, aby naturalizacja kolejnych osób nie doprowadziła do sytuacji podobnej do tej, którą opisuje w Szwecji.

Państwo ma oczywiście prawo prowadzić dyskusję o zasadach nabywania obywatelstwa. Można spierać się o wymagany okres zamieszkania, znajomość języka, samodzielność ekonomiczną, integrację czy inne warunki poprzedzające naturalizację.

Znacznie bardziej problematyczne jest jednak drugie zdanie Mentzena: że „w Polsce o wynikach wyborów muszą decydować Polacy, a nie przybysze z całego świata”. Jeżeli mówimy o osobach, które uzyskały polskie obywatelstwo, prawo nie pozostawia tu miejsca na taką kategorię pośrednią. Po naturalizacji nie są już z punktu widzenia państwa „przybyszami” pozbawionymi politycznej podmiotowości. Są obywatelami Polski.

Polskie prawo nie zna obywatela pierwszej i drugiej kategorii

Konstytucja RP stanowi, że obywatel polski, który najpóźniej w dniu głosowania kończy 18 lat, ma prawo uczestniczyć w referendum oraz wybierać Prezydenta RP, posłów, senatorów i przedstawicieli władz samorządowych. Wyjątki dotyczą m.in. osób pozbawionych praw publicznych lub wyborczych prawomocnym orzeczeniem.

Konstytucja nie pyta, czy obywatel urodził się w Warszawie, Kijowie, Hanoi czy Damaszku. Nie pyta również, gdzie urodzili się jego rodzice.

Podobnie ustawa o obywatelstwie polskim wprost określa, że obywatel posiadający jednocześnie obywatelstwo innego państwa ma wobec Rzeczypospolitej takie same prawa i obowiązki jak osoba posiadająca wyłącznie obywatelstwo polskie.

To podstawowa zasada państwa obywatelskiego: można ustanawiać warunki wejścia do wspólnoty politycznej, ale po ich spełnieniu obywatelstwo nie może stać się dokumentem zapewniającym różny zakres praw w zależności od pochodzenia człowieka.

A co z Polakami w Stanach Zjednoczonych, Niemczech czy Hiszpanii?

Warto zastosować do tej argumentacji prosty test. Setki tysięcy osób polskiego pochodzenia mieszkają w innych państwach, a część z nich z czasem otrzymuje obywatelstwo kraju, w którym pracuje, płaci podatki i wychowuje dzieci. Jeżeli Polak uzyska obywatelstwo Stanów Zjednoczonych i spełnia pozostałe wymagania wyborcze, może głosować w amerykańskich wyborach federalnych. Dotyczy to również osób posiadających podwójne obywatelstwo.

W Niemczech w wyborach do Bundestagu głosują obywatele niemieccy, a osoby posiadające jednocześnie obywatelstwo niemieckie i inne obywatelstwo są traktowane jako obywatele Niemiec. W wyborach parlamentarnych w Hiszpanii głosują pełnoletni obywatele hiszpańscy wpisani do rejestru wyborców – również ci, którzy obywatelstwo uzyskali później.

Jeżeli więc zakwestionujemy polityczną podmiotowość człowieka dlatego, że nie urodził się w państwie, którego obywatelstwo później legalnie uzyskał, dokładnie ten sam argument można skierować przeciwko Polakom naturalizowanym w USA, Niemczech, Hiszpanii czy innych państwach.

Nie można domagać się pełnych praw dla Polaków mieszkających za granicą, kiedy uzyskują obywatelstwo państwa, w którym żyją, a jednocześnie sugerować, że człowiek, który legalnie uzyska polskie obywatelstwo, nadal jest politycznie „przybyszem”. Możemy prowadzić nawet bardzo ostrą dyskusję o warunkach nadawania obywatelstwa, ale kiedy państwo już je nadało, obywatel nie może być mniej polski przy urnie dlatego, że urodził się gdzie indziej albo jego rodzice pochodzą z innego kraju. Jego głos musi być wart dokładnie tyle samo co mój.

Łukasz Ptak

Historia pokazuje, dlaczego definicja obywatela oparta na pochodzeniu jest niebezpieczna

W tym miejscu pojawia się również trudne historyczne odniesienie. Historia III Rzeszy pokazuje jednak coś, o czym demokratyczne państwa nie powinny zapominać: jak niebezpieczne może być odejście od prawnej definicji obywatela na rzecz dzielenia społeczeństwa według pochodzenia, krwi czy przypisywanej przynależności etnicznej.

Już od 1933 roku w nazistowskich Niemczech wprowadzano przepisy stopniowo eliminujące Żydów z życia publicznego i zawodowego. Punktem przełomowym były ustawy norymberskie z 1935 roku.

Ustawa o obywatelstwie Rzeszy uznała, że pełnię praw politycznych może posiadać tylko osoba „niemieckiej lub pokrewnej krwi”. Niemieccy Żydzi – w tym ludzie urodzeni w Niemczech, mówiący po niemiecku i od pokoleń związani z tym państwem – zostali pozbawieni pełnego obywatelstwa i praw politycznych.

W kolejnych latach następowały dalsze ograniczenia: wykluczanie z zawodów, edukacji i życia gospodarczego, konfiskaty, przymusowe wysiedlenia, deportacje, a ostatecznie masowa zagłada.

Procesy wykluczania nie zaczynają się od ich najbardziej skrajnego etapu. Zaczynają się od zaakceptowania idei, że formalne obywatelstwo nie wystarcza, a państwo może określić, kto jest „prawdziwym” członkiem narodu na podstawie pochodzenia.

Patriotyzm nie wymaga etnicznej hierarchii obywateli

Nie każdy nacjonalizm prowadzi do przemocy i nie każda restrykcyjna polityka migracyjna jest zamachem na demokrację. Państwa mogą prowadzić bardzo różną politykę wobec imigracji i naturalizacji.

Granica zostaje jednak przekroczona wtedy, gdy pochodzenie zaczyna decydować o tym, czy pełnoprawnego obywatela uznajemy za rzeczywistego członka wspólnoty politycznej.

To różnica pomiędzy wspólnotą obywatelską a etnonacjonalizmem. W pierwszej Polakiem w sensie politycznym jest obywatel RP korzystający z takich samych praw jak inni. W drugiej zawsze może pojawić się kolejne pytanie: skąd pochodzisz, gdzie się urodziłeś, skąd byli twoi rodzice i czy jesteś „wystarczająco nasz”.

Demokracja liberalna została skonstruowana między innymi po to, aby odpowiedź na takie pytania nie decydowała o wartości głosu obywatela.

Informacja po arabsku nie jest dowodem manipulacji wyborami

Na koniec warto wrócić do fotografii, od której rozpoczęła się cała dyskusja. Państwowa administracja wyborcza publikująca neutralne informacje w językach używanych przez część swoich wyborców nie ingeruje w wynik wyborów.

Jeżeli obywatel ma prawo głosu, rolą państwa jest umożliwienie mu jego świadomego i prawidłowego wykonania. Dotyczy to także osoby, która lepiej rozumie informacje wyborcze po arabsku, persku czy w innym języku.

Co więcej, materiał wykorzystany we wpisie Mentzena podkreśla dokładnie tę zasadę, która powinna być fundamentem każdych demokratycznych wyborów: nikt nie może zdecydować za wyborcę, na kogo ma zagłosować.

Obywatelstwo można nadawać ostrożnie. Nie można go nadawać „na pół”

Debata o tym, komu i po jakim czasie państwo powinno przyznawać obywatelstwo, jest całkowicie uprawniona. Polska może stawiać wymagania osobom ubiegającym się o naturalizację i może je zmieniać, jeżeli uzna obecny system za zbyt liberalny albo zbyt restrykcyjny.

Niebezpieczna zaczyna być natomiast narracja sugerująca, że po legalnym uzyskaniu obywatelstwa człowiek nadal pozostaje politycznie kimś z zewnątrz, a jego udział w wyborach jest problemem dlatego, że może głosować inaczej niż oczekuje określona partia.

W demokratycznym państwie głosu obywatela nie ocenia się na podstawie tego, czy pomaga prawicy, lewicy czy centrum. Nie bada się miejsca urodzenia jego rodziców. Nie różnicuje się wartości głosu według tego, jak długo jego rodzina posiada paszport danego państwa.

Obywatelstwo oznacza członkostwo we wspólnocie politycznej. Jeżeli państwo zaczyna mówić obywatelowi, że jego głos jest mniej pożądany ze względu na jego pochodzenie, problemem przestaje być migracja. Problemem staje się sama zasada równości obywateli.

Źródła

Podobał Ci się ten artykuł?

lukaszptak.pl tworzę samodzielnie.
Jeśli cenisz moje teksty, komentarze i analizy, możesz wesprzeć dalszy rozwój serwisu, stawiając mi wirtualną kawę.

Treści pozostają dostępne bez paywalla, a każde wsparcie jest całkowicie dobrowolne.

Wsparcie realizowane przez buycoffee.to

Udostępnij artykuł

Awatar Łukasz Ptak

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *