Ustawa o wspólnym pożyciu przepadła. Rząd liczył na rozłam prawicy, którego nie było

Parada Równości w Warszawie – uczestnicy z tęczowymi flagami

232 głosy. Potrzeba było 259. Ustawa o statusie osoby najbliższej w związku i umowie o wspólnym pożyciu definitywnie przepadła w obecnej ścieżce legislacyjnej. Sejm nie zdołał odrzucić weta prezydenta Karola Nawrockiego, a miesiące pracy nad pierwszą w historii Polski ustawą pozwalającą formalnie uregulować związki partnerskie zakończyły się bez zmiany choćby jednego przepisu.

Najbardziej gorzki wniosek z tego głosowania nie dotyczy nawet samego prezydenta. Karol Nawrocki od dawna otwarcie zapowiadał, że nie zaakceptuje rozwiązania, które uzna za alternatywę dla małżeństwa. Znacznie więcej mówi więc zachowanie polityków, którzy wiedząc o tym stanowisku, doprowadzili ustawę do Pałacu Prezydenckiego, a później próbowali ratować ją nadzieją, że część prawicy w ostatniej chwili zmieni zdanie.

Nie zmieniła.

Pełnomocniczka rządu ds. równości Katarzyna Kotula przyznawała wcześniej, że przy próbie odrzucenia weta liczy również na parlamentarzystów związanych z Mateuszem Morawieckim. Ostateczny wynik nie pozostawił pola do interpretacji: 35 głosujących posłów klubu Rozwój Plus zagłosowało przeciwko ponownemu uchwaleniu ustawy.

Nie było rozłamu. Nie było niespodzianki. Nie było większości.

232 głosy i koniec tej ustawy

17 września Sejm ponownie głosował nad ustawą po prezydenckim wecie. Za jej ponownym uchwaleniem opowiedziało się 232 posłów. Przy liczbie parlamentarzystów uczestniczących w głosowaniu potrzebnych było 259 głosów.

Zabrakło 27.

Za odrzuceniem weta głosowali posłowie Koalicji Obywatelskiej, Lewicy, Polski 2050, Centrum, Razem, większość PSL oraz część posłów niezrzeszonych. Przeciw były PiS, Rozwój Plus, Konfederacja, Konfederacja Korony Polskiej oraz Demokracja.

Ten wynik zamyka postępowanie dotyczące ustaw uchwalonych 29 maja. Nie istnieje już kolejny etap odwoławczy, głosowanie naprawcze czy możliwość ponownego przesłania tego samego dokumentu do prezydenta. Jeżeli politycy zechcą wrócić do regulacji, będą musieli przygotować nowy projekt i ponownie przeprowadzić go przez całą procedurę parlamentarną.

Plan z posłami Morawieckiego istniał. Głosów Morawieckiego nie było

Szczególnie interesująca jest strategia przyjęta po prezydenckim wecie. Katarzyna Kotula w sierpniu otwarcie mówiła, że chce doprowadzić do głosowania i liczy m.in. na parlamentarzystów skupionych wokół Mateusza Morawieckiego po rozłamie na polskiej prawicy.

Polityczna kalkulacja była łatwa do zrozumienia. Sama koalicja rządowa nie dysponowała większością trzech piątych potrzebną do przełamania weta. Bez głosów spoza własnego obozu sukces był matematycznie niemożliwy.

Problem polega na tym, że nadzieja na głosy Rozwoju Plus nie znalazła potwierdzenia w zachowaniu jego parlamentarzystów.

35 posłów tego klubu uczestniczących w głosowaniu zagłosowało przeciw odrzuceniu weta. Nie pojawiła się nawet grupa kilku parlamentarzystów, która mogłaby sugerować rzeczywiste pęknięcie prawicy w tej sprawie.

To bardzo konkretna miara skuteczności tej strategii: politycy Lewicy przez tygodnie dopuszczali możliwość zbudowania większości przy pomocy środowiska Morawieckiego, a w dniu głosowania blok ten stanął po przeciwnej stronie niemal jednolicie.

PSL współtworzyło kompromis. I ponownie nie zagłosowało jednomyślnie

Drugim problemem pozostaje Polskie Stronnictwo Ludowe. Ustawa była efektem długiego kompromisu między Lewicą i PSL. Właśnie w wyniku negocjacji zrezygnowano z pierwotnej formuły klasycznych rejestrowanych związków partnerskich na rzecz konstrukcji „statusu osoby najbliższej” i umowy o wspólnym pożyciu.

Mimo tego kompromisu nawet finalna, znacznie ostrożniejsza wersja nie uzyskała jednolitego poparcia klubu PSL.

W majowym głosowaniu nad samą ustawą 24 posłów PSL zagłosowało za, a czterech przeciw. Przy próbie odrzucenia weta za było 23 parlamentarzystów tego klubu, a pięciu ponownie zagłosowało przeciw.

To szczególnie istotne, ponieważ projekt był już efektem ustępstw wobec bardziej konserwatywnej części koalicji. Ostatecznie nie doprowadziły one ani do jednomyślności PSL, ani do uzyskania głosów prawicy potrzebnych po prezydenckim wecie.

Rezultat jest trudny do pominięcia: zakres pierwotnych zmian został ograniczony w imię politycznego kompromisu, ale nawet kompromis nie zapewnił większości wystarczającej do doprowadzenia regulacji do końca.

Prezydent nie zaskoczył polityków swoim wetem

Trudno również przedstawiać prezydenckie weto jako wydarzenie, którego nie można było przewidzieć. Jeszcze podczas prac parlamentarnych przedstawiciele Kancelarii Prezydenta publicznie deklarowali sprzeciw wobec rozwiązań, które w ich ocenie tworzyłyby prawną alternatywę dla małżeństwa.

Karol Nawrocki po uchwaleniu ustawy także zapowiadał, że nie poprze konstrukcji, którą określał jako „quasi-małżeństwo”. 17 lipca odmówił podpisania zarówno ustawy głównej, jak i przepisów ją wprowadzających.

Można więc dyskutować z argumentacją prezydenta, ale trudno twierdzić, że jego decyzja była politycznym zaskoczeniem. Ryzyko weta było znane jeszcze zanim ustawa zakończyła drogę przez parlament.

I właśnie dlatego odpowiedzialność nie kończy się na Pałacu Prezydenckim

Najprościej byłoby całą odpowiedzialność za brak nowych przepisów przypisać Karolowi Nawrockiemu. To on zawetował ustawę i to jego decyzja bezpośrednio zatrzymała jej wejście w życie.

Ale pełny obraz jest bardziej niewygodny dla całej klasy politycznej.

Przeciwnicy ustawy od początku głosowali zgodnie ze swoimi deklaracjami. Problem zwolenników polegał na tym, że nie dysponowali liczbą głosów potrzebną do przełamania zapowiadanego sprzeciwu prezydenta, a plan zdobycia ich poza własnym obozem nie zadziałał.

W sprawie dotyczącej podstawowych praw blisko dwóch milionów osób plan polityczny sprowadził się więc ostatecznie do nadziei, że część przeciwników zmieni stanowisko.

Nie zmieniła.

To nie była ustawa tylko dla osób LGBTQ+

Spór wokół projektu był często przedstawiany jako kolejna odsłona konfliktu o prawa osób LGBTQ+. Dla par jednopłciowych ustawa rzeczywiście miała znaczenie szczególne, ponieważ dawała możliwość prawnego uregulowania związku, której polskie prawo obecnie nie zapewnia.

Rząd szacował jednak, że możliwość formalizacji relacji mogła dotyczyć blisko dwóch milionów Polek i Polaków żyjących w związkach nieformalnych. Obejmowało to również pary różnopłciowe, które nie chcą albo nie mogą zawrzeć małżeństwa.

Nie był to więc projekt dotyczący niewielkiej grupy społecznej. Miał regulować sytuację ludzi, którzy wspólnie mieszkają, dzielą wydatki, opiekują się sobą, prowadzą gospodarstwa domowe i często żyją ze sobą przez dziesięciolecia, ale wobec państwa nadal nie mają statusu porównywalnego z małżonkami.

Co dokładnie właśnie przepadło?

Ustawa nie wprowadzała równości małżeńskiej. Była rozwiązaniem znacznie węższym. Umowa miała być zawierana u notariusza i rejestrowana w Urzędzie Stanu Cywilnego.

Pakiet przepisów przewidywał m.in. dostęp do informacji medycznej partnera, możliwość podejmowania decyzji dotyczących pochówku, prawo do zasiłku opiekuńczego i renty rodzinnej, wspólne rozliczenie podatku dochodowego, zwolnienie z podatku od spadków i darowizn, możliwość wzajemnej alimentacji oraz określone prawa dotyczące wspólnego mieszkania.

To właśnie tych zmian od 17 września nie będzie.

Nie będzie ich dla par jednopłciowych. Nie będzie ich również dla setek tysięcy par heteroseksualnych pozostających poza małżeństwem.

Europejski Trybunał Praw Człowieka już wcześniej uznał, że Polska narusza Konwencję

Sprawa ma jeszcze jeden wymiar, którego w krajowej politycznej awanturze łatwo nie zauważyć.

W grudniu 2023 roku Europejski Trybunał Praw Człowieka wydał wyrok w sprawie Przybyszewska i inni przeciwko Polsce. Trybunał uznał, że brak jakiejkolwiek formy prawnego uznania i ochrony par jednopłciowych narusza prawo do poszanowania życia prywatnego i rodzinnego wynikające z art. 8 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka.

Trybunał nie nakazał Polsce wprowadzenia małżeństw jednopłciowych. Stwierdził jednak, że państwo powinno zapewnić takim parom konkretną ramę prawną pozwalającą regulować podstawowe aspekty ich wspólnego życia.

Po upadku ustawy ten problem pozostaje nierozwiązany.

Kilka lat rozmów zakończyło się dokładnie tam, gdzie zaczęliśmy

To chyba najbardziej wymowny bilans całej historii.

Były projekty. Były negocjacje między Lewicą i PSL. Była zmiana konstrukcji prawnej. Było odejście od klasycznej ustawy o związkach partnerskich. Były kolejne miesiące komisji, poprawki, głosowania Sejmu i Senatu, rozmowy z Pałacem Prezydenckim, a później próba znalezienia dodatkowych głosów na prawicy.

Po całym tym procesie stan prawny 17 września jest taki sam jak przed jego rozpoczęciem.

To nie jest problem komunikacji politycznej. To jest problem skuteczności.

Czy ustawa przepadła „na zawsze”?

Nie. Takiego wniosku nie można dziś uczciwie postawić. Na zawsze przepadła natomiast ta konkretna ustawa w tej konkretnej procedurze. Jej ponowne procedowanie w przyszłości wymaga nowej inicjatywy ustawodawczej, ponownego przejścia przez Sejm i Senat oraz podpisu prezydenta albo większości zdolnej odrzucić ewentualne kolejne weto.

Obecny Sejm nie ma większości trzech piątych dla tej regulacji, prezydent pozostaje jej przeciwnikiem, a prawicowy klub, na którego część głosów liczyła Katarzyna Kotula, zagłosował przeciw.

Prawa obywateli nie powinny być oparte na politycznym „może się uda”

Najważniejsza lekcja z tej historii nie dotyczy więc jednego weta ani jednego polityka. Dotyczy sposobu prowadzenia polityki w sprawach, które bezpośrednio wpływają na codzienne życie ludzi.

Jeżeli państwo przez lata nie zapewnia ochrony prawnej ogromnej grupie obywateli, a później przedstawia ustawę jako przełom, odpowiedzialność nie kończy się na jej uchwaleniu zwykłą większością głosów. Trzeba mieć również realny plan doprowadzenia jej do wejścia w życie.

W przypadku ustawy o wspólnym pożyciu takiego planu zabrakło albo okazał się nieskuteczny.

Prezydent zrobił dokładnie to, co wcześniej zapowiadał. PSL pozostało podzielone. Rozwój Plus nie dostarczył oczekiwanych głosów. Większości trzech piątych nie było.

A blisko dwa miliony osób, których życie miała zmienić ustawa, nadal pozostaje w tym samym miejscu.

Źródła

Podobał Ci się ten artykuł?

lukaszptak.pl tworzę samodzielnie.
Jeśli cenisz moje teksty, komentarze i analizy, możesz wesprzeć dalszy rozwój serwisu, stawiając mi wirtualną kawę.

Treści pozostają dostępne bez paywalla, a każde wsparcie jest całkowicie dobrowolne.

Wsparcie realizowane przez buycoffee.to

Udostępnij artykuł

Awatar Łukasz Ptak

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *