Céline Dion w Paryżu. Wielki powrót i koncert zorganizowany na najwyższym poziomie

Céline Dion podczas koncertu w Plenitude Arena w Paryżu we wrześniu 2026 roku

Są koncerty, po których wychodzi się z przekonaniem, że było dobrze. Są też takie, po których jeszcze długo nie chce się przestać o nich mówić.

Po koncercie Céline Dion w Plenitude Arena należę zdecydowanie do tej drugiej grupy.

I nie chodzi wyłącznie o samą artystkę – choć to właśnie jej występ jest oczywiście najważniejszą częścią tej historii. Równie mocno zapamiętam sposób organizacji wydarzenia, zachowanie publiczności oraz to, jak sprawnie ponad 30 tysięcy ludzi zostało obsłużonych przed koncertem i rozeszło się po jego zakończeniu.

Po wielu koncertach oglądanych w Polsce różnica była momentami uderzająca.

Przede wszystkim Céline. I trudno uwierzyć, przez co przeszła

Najważniejsza pozostaje jednak ona. Céline Dion wróciła.

Po sześciu latach bez pełnowymiarowego koncertu, po diagnozie zespołu sztywności uogólnionej – rzadkiej choroby neurologicznej powodującej m.in. bolesne skurcze mięśni i wpływającej również na możliwość śpiewania – ponownie stoi przed dziesiątkami tysięcy ludzi i robi dokładnie to, do czego przyzwyczaiła publiczność przez dekady.

Śpiewa.

I robi to na poziomie, który – biorąc pod uwagę jej historię ostatnich lat – jest wręcz niewiarygodny.

W moim odbiorze tego wieczoru nie było ani jednej fałszywej nuty. Nie było też poczucia, że oglądam artystkę, którą spektakularną scenografią trzeba chronić przed własnym głosem. Wręcz przeciwnie – scenografia, muzycy, chór, światło i ogromne ekrany służyły przede wszystkim temu, żeby jeszcze mocniej wyeksponować Céline.

Recenzenci pierwszego koncertu zwracali uwagę, że część utworów została dostosowana do obecnych możliwości jej głosu – między innymi poprzez zmianę tonacji. I bardzo dobrze. Sztuka nie polega na udowadnianiu za wszelką cenę, że organizm 58-letniej artystki po ciężkiej chorobie działa dokładnie tak samo jak trzydzieści lat temu.

Sztuka polega na tym, by wykorzystać to, co się ma, i nadal stworzyć coś wyjątkowego.

Wypełniona publicznością Plenitude Arena podczas koncertu w Paryżu
Publiczność w Plenitude Arena przed koncertem Céline Dion. Fot. Łukasz Ptak.

Céline nadal potrafi swoim głosem wypełnić największą halę widowiskową Europy!

To nie był powrót dla samego powrotu

Obawy przed jej scenicznym powrotem były zrozumiałe. W dokumencie „I Am: Celine Dion” świat zobaczył artystkę podczas dramatycznych ataków choroby. Przez pewien czas nie było nawet pewności, czy kiedykolwiek będzie jeszcze w stanie regularnie występować.

Potem pojawił się Paryż i ceremonia otwarcia igrzysk olimpijskich w 2024 roku. „Hymne à l’amour” z wieży Eiffla było symbolicznym powrotem.

Ale wykonanie jednej piosenki, a zaśpiewanie pełnego, ponad dwugodzinnego koncertu to dwa zupełnie inne wyzwania. Dzisiaj już wiadomo, że Céline jest w stanie zrobić również to drugie.

Na scenie pojawiają się „The Power of Love”, „Because You Loved Me”, „It’s All Coming Back to Me Now”, „I’m Alive”, „All By Myself”, „Pour que tu m’aimes encore” i oczywiście „My Heart Will Go On”. Do tego utwory francuskie, gospel, elementy disco, a nawet aria operowa.

Oprawa wizualna zasługuje przy tym na osobne wyróżnienie. Monumentalne elementy scenografii, światło, projekcje, zmiany kostiumów i choreografia tworzą ogromne widowisko, ale ani przez moment nie odnoszę wrażenia, że technologia usiłuje przykryć artystkę.

W centrum nadal jest ona i jej głos.

Najbardziej poruszające były jednak emocje

Najpiękniejsze momenty tego koncertu nie wynikają jednak z liczby ekranów ani z technicznych możliwości hali. Wynikają z relacji pomiędzy Céline i publicznością.

Kiedy dziesiątki tysięcy ludzi nie pozwalają jej odejść, reakcja artystki nie wygląda jak przygotowany wcześniej element przedstawienia. Widać autentyczne wzruszenie. Są łzy, uśmiech, kolejne podziękowania i coś bardzo charakterystycznego dla Céline Dion – ogromna gwiazda zachowuje się tak, jakby to ona nie mogła uwierzyć, że tylu ludzi nadal chce jej słuchać.

Właśnie ta skromność jest dla mnie jednym z najważniejszych elementów jej fenomenu.

Można sprzedać setki milionów płyt, śpiewać na największych scenach świata i przez dziesięciolecia należeć do absolutnej muzycznej ekstraklasy. A mimo to nadal wyglądać na autentycznie wzruszoną tym, że publiczność nie chce pozwolić zejść ze sceny.

Łukasz Ptak

Po wszystkim, przez co przeszła, ta wymiana energii z fanami ma jeszcze inne znaczenie. Publiczność cieszy się, że Céline znowu może śpiewać. A Céline sprawia wrażenie, jakby naprawdę potrzebowała tych ludzi równie mocno, jak oni potrzebowali jej powrotu.

Jednego utworu naprawdę mi zabrakło

Przy tak bogatym repertuarze zawsze ktoś będzie żałował, że nie usłyszał swojej ulubionej piosenki. Ja mam jedno konkretne rozczarowanie: „Ashes”.

Utwór nagrany do filmu „Deadpool 2” jest dla mnie jednym z tych późniejszych nagrań Céline, które zasługują na stałe miejsce w koncertowym repertuarze. Tym bardziej że w 2018 roku sama wykonywała go podczas swojej rezydentury w Las Vegas.

Tym razem go zabrakło. Jeśli jednak po ponad dwóch godzinach muzyki największym zarzutem pozostaje „szkoda, że nie zagrała jeszcze jednej piosenki”, trudno mówić o poważnym niedosycie.

Plenitude Arena – wielka hala, ale bez chaosu

Drugim bohaterem tego wieczoru była dla mnie organizacja.

Plenitude Arena w Nanterre może pomieścić podczas koncertów dziesiątki tysięcy osób. Oficjalnie na koncertach Céline organizator przewiduje otwarcie drzwi dwie godziny przed rozpoczęciem widowiska.

W praktyce pierwsza kontrola bezpieczeństwa i przepuszczanie ludzi w stronę właściwych wejść rozpoczęły się jeszcze wcześniej niż godzina formalnie wskazana na naszych biletach.

Dzięki temu tysiące ludzi nie zostały zatrzymane przed obiektem do jednej konkretnej minuty, po której nagle wszyscy ruszyliby do kontroli jednocześnie.

To drobiazg organizacyjny, który diametralnie zmienia komfort uczestnika.

Każdy wiedział, gdzie ma wejść

Największe wrażenie zrobił na mnie jednak system wejść.

Plenitude Arena nie kieruje dziesiątek tysięcy ludzi do kilku wspólnych bram. Obiekt posiada wiele wejść rozmieszczonych dookoła budynku, a właściwy numer znajduje się bezpośrednio na bilecie.

Plenitude Arena w Paryżu przed koncertem Céline Dion
Plenitude Arena przed koncertem Céline Dion. Fot. Łukasz Ptak.

Oddzielnie kierowane są osoby na płytę, poszczególne poziomy trybun, strefy VIP czy miejsca przeznaczone dla osób z niepełnosprawnościami.

Efekt? Przy naszym wejściu (bilet standardowy) właściwie nie było kolejki.

Warto jednak zwrócić uwagę, że nie zawsze tak jest. Sprawdziłem doświadczenia uczestników wcześniejszych wydarzeń w tej hali i Plenitude Arena nie zawsze zbierała równie dobre recenzje. Przy niektórych koncertach oraz wydarzeniach sportowych pojawiały się relacje o długich kolejkach, niedostatecznym oznakowaniu czy zatorach przed wejściami.

To oznacza, że nasze doświadczenie nie wynika wyłącznie z konstrukcji budynku. Przy koncertach Céline Dion najwyraźniej wykonano również bardzo dobrą pracę organizacyjną.

Koncert to nie kino. Można wstać, śpiewać i tańczyć

Jest jeszcze coś, co szczególnie zwróciło moją uwagę. Ludzie naprawdę przyszli tutaj na koncert.

Śpiewali. Wstawali. Tańczyli. Machali rękami. Nagrywali fragmenty. Reagowali na Céline. Całe sektory podrywały się z miejsc jednocześnie!

I nie słyszałem wokół siebie pretensji, że ktoś komuś zasłania i powinien natychmiast usiąść.

Dla mnie było to niezwykle odświeżające doświadczenie.

Na wielu koncertach w Polsce wielokrotnie spotykałem się z sytuacją, w której ktoś wstający podczas dynamicznego utworu bardzo szybko słyszy za plecami, że powinien usiąść, ponieważ przeszkadza osobie za nim.

Rozumiem oczywiście osoby, które z powodów zdrowotnych nie mogą stać. Organizator powinien zapewnić im takie miejsca, z których koncert pozostaje dobrze widoczny.

Ale trudno oczekiwać, że na koncercie popowym kilkadziesiąt tysięcy ludzi będzie zachowywało się jak podczas seansu filmowego, czy co gorsza spektaklu teatralnego.

Relacje z pierwszego paryskiego koncertu Céline pokazują zresztą dokładnie taką samą atmosferę. Publiczność śpiewała razem z artystką, a cały wieczór miał wyraźnie charakter wspólnego przeżywania muzyki.

I właśnie tak wyobrażam sobie koncert.

35 tysięcy ludzi wychodzi jednocześnie. I… dzieje się magia komunikacyjna

Największego chaosu spodziewałem się po zakończeniu koncertu. W jednej chwili z hali wychodzi morze ludzi. Na pierwszy rzut oka powinien powstać gigantyczny zator.

Tłum opuszczający Plenitude Arena po koncercie Céline Dion
Tysiące uczestników opuszczających Plenitude Arena po koncercie. Fot. Łukasz Ptak.

Nie powstał. I bardzo szybko widać dlaczego.

Plenitude Arena znajduje się w jednym z najlepiej skomunikowanych punktów aglomeracji paryskiej. Można stąd korzystać m.in. z RER, metra, tramwaju oraz kolei podmiejskiej, a sam organizator zdecydowanie rekomenduje przyjazd i powrót transportem publicznym.

I dokładnie to widziałem po koncercie.

Po opuszczeniu hali tłum niemal natychmiast zaczyna się rozdzielać. Jedni idą w kierunku La Défense, inni w stronę Nanterre, kolejni wybierają inne środki komunikacji albo idą pieszo do hoteli.

Przy około 35 tysiącach widzów powrót okazał się zaskakująco płynny.

Czy Paryż zawsze organizuje koncerty idealnie?

Po sprawdzeniu opinii innych uczestników poprzednich wydarzeń wiem, że nie.

Plenitude Arena ma za sobą również organizacyjne wpadki. Przy wcześniejszych wielkich wydarzeniach pojawiały się skargi na ogromne kolejki przed halą, brak wystarczającego kierowania ruchem, długie oczekiwanie czy niejasne dojście do właściwego wejścia.

Jednocześnie można znaleźć wiele zupełnie przeciwnych doświadczeń: wejście w kilka minut, sprawną kontrolę oraz bardzo dobry dojazd komunikacją publiczną.

Dlatego po swoim wieczorze powiedziałbym, że:

Organizacja koncertu Céline Dion pokazała mi, jak powinno wyglądać wydarzenie dla kilkudziesięciu tysięcy ludzi, kiedy dobrze wykorzysta się infrastrukturę hali, wiele wejść, wcześniejsze kontrole i świetnie rozwinięty transport publiczny.

Łukasz Ptak

Wieczór, którego nie zapomnę

O organizacji można pisać długo. O komunikacji również. Ale po wyjściu z hali i tak myślę przede wszystkim o niej, o Céline.

O osobie, która przez lata nie wiedziała, czy będzie mogła jeszcze normalnie śpiewać. Która pokazała publicznie najbardziej brutalne momenty swojej choroby. I która teraz wychodzi przed około 35 tysięcy ludzi, wykonuje jedne z najtrudniejszych utworów w swojej karierze i na końcu sama płacze, kiedy publiczność nie chce pozwolić jej odejść.

Najwyższy poziom artyzmu połączony z czymś, czego nie da się wyprodukować żadną scenografią – autentycznością i skromnością.

To był jeden z tych koncertów, dla których warto wsiąść w samolot i polecieć do innego kraju.

I kiedy po wszystkim wielotysięczny tłum spokojnie rozpływa się po ulicach La Défense, zostaje już tylko jedna myśl: Céline wróciła. Naprawdę.

Źródła

Podobał Ci się ten artykuł?

lukaszptak.pl tworzę samodzielnie.
Jeśli cenisz moje teksty, komentarze i analizy, możesz wesprzeć dalszy rozwój serwisu, stawiając mi wirtualną kawę.

Treści pozostają dostępne bez paywalla, a każde wsparcie jest całkowicie dobrowolne.

Wsparcie realizowane przez buycoffee.to

Udostępnij artykuł

Awatar Łukasz Ptak

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *