Solidarność zbiera paragony z otwartych sklepów. Problemem jest sam zakaz handlu w niedziele

Westfield Arkadia w Warszawie – ilustracja artykułu o zakazie handlu w niedziele

NSZZ „Solidarność” postanowiła zaangażować klientów sklepów w kolejną odsłonę walki o utrzymanie zakazu handlu w niedziele. Związek apeluje, aby w niedzielę niehandlową wejść do otwartego sklepu, kupić choćby butelkę wody, zachować paragon i przesłać jego zdjęcie wraz z dokładnym adresem placówki. Zebrane materiały mają służyć jako dowody na łamanie przepisów.

Akcja realizowana 6 września ma koncentrować się przede wszystkim na sklepach Intermarché i Bricomarché. „Solidarność” w swoim oficjalnym apelu wprost zachęca klientów i pracowników do „gromadzenia dowodów”, dzięki którym związek będzie mógł skuteczniej walczyć z placówkami otwartymi w niedziele.

Moim zdaniem jest to przykład tego, jak daleko zabrnęła dyskusja o zakazie handlu. Zamiast debatować o tym, czy regulacja wprowadzona osiem lat temu nadal ma gospodarczy i społeczny sens, jeden z największych związków zawodowych w kraju próbuje zrobić z klientów społecznych kontrolerów sklepów.

Nie uważam, aby rolą konsumenta było kupowanie butelki wody wyłącznie po to, żeby zdobyć materiał dowodowy przeciwko przedsiębiorcy. Od kontroli przestrzegania prawa są Państwowa Inspekcja Pracy i inne właściwe instytucje państwa.

Jeżeli po ośmiu latach funkcjonowania ustawy wciąż potrzebujemy kolejnych kontroli, procesów, interpretacji, obejść, wyjątków i akcji polegających na zbieraniu paragonów, to być może problemem nie są przedsiębiorcy, którzy próbują prowadzić działalność. Problemem jest samo prawo.

„Solidarność” broni rozwiązania, które sama politycznie współtworzyła

W tej dyskusji nie sposób również pominąć politycznego kontekstu działań NSZZ „Solidarność”. Formalnie jest to niezależny związek zawodowy i nie jest częścią Prawa i Sprawiedliwości. Trudno jednak udawać, że przez ostatnią dekadę zachowywał wobec obozu Zjednoczonej Prawicy polityczny dystans.

W 2015 roku „Solidarność” podpisała umowę programową z kandydatem na prezydenta Andrzejem Dudą. Pięć lat później, przed kolejnymi wyborami prezydenckimi, podpisano następny taki dokument, a Komisja Krajowa związku oficjalnie poparła jego reelekcję.

W 2025 roku związek zrobił to ponownie – tym razem udzielając oficjalnego poparcia Karolowi Nawrockiemu, kandydatowi wspieranemu przez Prawo i Sprawiedliwość, oraz podpisując z nim kolejną umowę programową.

Co więcej, sam przewodniczący, Piotr Duda, mówił o „wspólnym dorobku” „Solidarności”, prezydenta Andrzeja Dudy i Zjednoczonej Prawicy, wskazując właśnie ograniczenie handlu w niedziele jako jedno z osiągnięć tej współpracy.

Dlatego w mojej ocenie trudno traktować dzisiejszą ofensywę w obronie niedzielnego zakazu jak całkowicie neutralną akcję związku zawodowego. „Solidarność” broni jednego z najbardziej symbolicznych rozwiązań społecznych wprowadzonych przez obóz polityczny, z którym przez lata otwarcie współpracowała.

Można mieć własne zdanie o polityce PiS. Można również uważać część reform z lat 2015–2023 za korzystne dla pracowników. Ale organizacja związkowa, która oficjalnie popiera kolejnych kandydatów jednej strony politycznego sporu i podpisuje z nimi programowe kontrakty, nie powinna oczekiwać, że jej działania będą oceniane tak, jakby polityka nie miała z nimi nic wspólnego.

Prawo, które nieustannie trzeba uszczelniać

Ograniczenie handlu w niedziele obowiązuje od marca 2018 roku. Z biegiem czasu przepisy były zaostrzane, ponieważ przedsiębiorcy korzystali z kolejnych ustawowych wyjątków.

Sklepy stawały się placówkami pocztowymi. Później pojawiały się czytelnie, kluby czytelnika i wypożyczalnie. Sądy oraz Państwowa Inspekcja Pracy musiały rozstrzygać, kiedy dodatkowa działalność jest rzeczywista, a kiedy służy wyłącznie obejściu zakazu.

W sierpniu 2026 roku PIP informowała o kolejnym orzeczeniu Sądu Najwyższego potwierdzającym, że urządzenie w sklepie kącika czytelniczego nie wystarcza, aby placówka mogła korzystać z wyjątku przewidzianego w ustawie.

Inspekcja podała też, że w 2025 roku nieprawidłowości dotyczące stosowania ograniczenia stwierdzono podczas 33,2 proc. przeprowadzonych kontroli. W grupie 185 kontrolowanych sklepów wielkopowierzchniowych odsetek wynosił 41,1 proc.

Nie oznacza to, że co trzeci sklep w Polsce łamie zakaz – inspekcja nie prowadzi reprezentatywnego badania wszystkich placówek. Pokazuje natomiast, jak wiele energii administracji, sądów i przedsiębiorców pochłania regulacja, której głównym efektem stało się nieustanne poszukiwanie odpowiedzi na pytanie, kto może otworzyć sklep w niedzielę, a kto nie.

Dobre prawo nie powinno wymagać od obywatela ustalenia, czy kupując mleko znajduje się właśnie w sklepie, placówce pocztowej, czytelni czy wypożyczalni.

Dlaczego pracownik handlu ma być traktowany inaczej?

Najczęściej powtarzanym argumentem zwolenników zakazu jest prawo pracowników handlu do spędzenia niedzieli z rodziną. Tyle że w Polsce w każdą niedzielę pracują setki tysięcy ludzi.

Pracują lekarze i pielęgniarki. Kierowcy autobusów, maszyniści i kolejarze. Pracownicy restauracji, kin, hoteli, muzeów, stacji paliw, lotnisk, ochrony, energetyki, centrów logistycznych czy służb komunalnych.

Nikt poważnie nie proponuje, żeby w imię prawa do rodzinnej niedzieli zatrzymać pociągi, zamknąć kina, restauracje i hotele. Dlaczego więc akurat pracownik sklepu ma być chroniony przed pracą poprzez ustawowy zakaz prowadzenia całej działalności?

Ochrona pracownika powinna polegać na czymś innym: odpowiednim wynagrodzeniu, obowiązkowym odpoczynku, rotacji zmian i zagwarantowanych wolnych niedzielach. Nie trzeba zamykać sklepu, żeby ochronić sprzedawcę.

Dla studenta niedziela może oznaczać czynsz albo rachunki

Najbardziej pomijanym skutkiem zakazu jest odebranie możliwości legalnego dodatkowego zarobku osobom, dla których właśnie weekend jest najlepszym momentem na pracę.

Dotyczy to przede wszystkim studentów. Jeśli ktoś od poniedziałku do piątku ma zajęcia na uczelni, możliwość podjęcia pracy w sobotę i niedzielę jest naturalnym sposobem finansowania mieszkania, akademika, transportu czy bieżących wydatków. Zakaz odbiera mu znaczną część takiej możliwości nie dlatego, że student nie chce pracować, ale dlatego, że państwo uznało, iż tego dnia sklep powinien być zamknięty.

Podobnie jest z osobami mającymi etat od poniedziałku do piątku, które chciałyby dorobić w weekend. Dotyczy to również pracowników preferujących system weekendowy albo chcących pracować intensywniej przez kilka dni w zamian za więcej wolnego w tygodniu.

W debacie prowadzonej przez „Solidarność” praktycznie nie słychać głosu tych ludzi. Związek zakłada, że niedzielna praca jest przede wszystkim problemem, przed którym pracownika należy chronić. Dla wielu ludzi jest dokładnie odwrotnie: to możliwość zarobienia pieniędzy, której zostali pozbawieni.

Zakaz nie zlikwidował handlu. Uprzywilejował wybranych

Kolejnym absurdem obecnego systemu jest jego wybiórczość. W niedzielę można kupić towary na stacji benzynowej. Można zamówić je przez internet. Można zrobić zakupy w sklepie korzystającym z jednego z ustawowych wyjątków. W określonych warunkach sprzedaż może prowadzić osobiście właściciel sklepu.

Zakaz nie zlikwidował zatem niedzielnej konsumpcji. Przekierował klientów do tych przedsiębiorców, którym ustawodawca pozwolił działać. Już pierwsza rządowa analiza skutków przepisów wskazywała, że sklepy działające na stacjach paliw skorzystały na nowych zasadach i zaczęły rozszerzać swoją ofertę.

Tak samo handel internetowy może działać w niedzielę bez problemu. Konsument może więc zamówić telewizor przez aplikację, ale państwo uznaje, że nie powinien móc pojechać do sklepu, obejrzeć kilku modeli i kupić jednego z nich przy kasie.

Trudno znaleźć w tym spójną filozofię ochrony pracowników.

Małe sklepy miały zostać uratowane. Nie zostały

Jednym z argumentów za ograniczeniem handlu była ochrona małych, rodzinnych sklepów przed wielkimi sieciami. Właściciel niewielkiej placówki miał możliwość samodzielnego prowadzenia działalności w niedzielę, gdy supermarket pozostawał zamknięty. Tyle że proces koncentracji handlu nie zatrzymał się. Z rynku nadal znikały tysiące małych placówek, podczas gdy największe sieci dyskontowe zwiększały skalę działalności.

Nie byłoby uczciwe twierdzić, że zakaz handlu spowodował likwidację tych sklepów. Spadek liczby niewielkich placówek rozpoczął się znacznie wcześniej i wynika również ze zmian strukturalnych, cen, konkurencji czy oczekiwań konsumentów. Ale jeśli jednym z głównych argumentów za zakazem była ochrona małego handlu, to po ośmiu latach można zadać proste pytanie: gdzie są efekty tej ochrony?

Gospodarka nie traci całej niedzielnej sprzedaży, ale traci jej potencjał

Przy ekonomicznych skutkach zakazu trzeba zachować szczególną precyzję. Nie ma wiarygodnego badania pozwalającego stwierdzić, że przez zakaz handlu polski budżet każdego roku traci konkretną liczbę miliardów złotych. Duża część zakupów została po prostu przeniesiona na piątek, sobotę, poniedziałek albo do internetu.

Badania konsumentów wskazywały, że zdecydowana większość osób po wprowadzeniu ograniczenia wydawała na zakupy podobne kwoty jak wcześniej. Nie oznacza to jednak, że zakaz jest gospodarczo neutralny.

Autorzy projektu zakładającego częściową liberalizację handlu szacowali, że dwie dodatkowe niedziele handlowe miesięcznie mogłyby stworzyć około 25 mld zł dodatkowego obrotu, około 20 tys. miejsc pracy i kilkaset milionów złotych dodatkowych wpływów do budżetu.

Dodatkowy dzień funkcjonowania handlu tworzy możliwość sprzedaży, która nie zawsze przeniesie się na inny termin – zwłaszcza w miejscowościach turystycznych, przy zakupach impulsywnych, usługach towarzyszących czy dobrach, których wybór wymaga czasu. To także dodatkowe godziny pracy, wynagrodzenia, składki oraz wpływy z podatków.

Wolna niedziela nie może oznaczać zakazu pracy dla tego, kto chce pracować

Nie postuluję powrotu do systemu, w którym pracownik supermarketu musi być dostępny dla pracodawcy przez każdą niedzielę miesiąca. Wręcz przeciwnie. Otwarcie handlu powinno zostać połączone z dużo mocniejszą ochroną pracownika.

  • handel powinien być prawnie dozwolony w każdą niedzielę;
  • przedsiębiorca powinien sam decydować, czy otwarcie sklepu ma ekonomiczny sens;
  • pracownik powinien mieć zagwarantowane co najmniej dwie wolne niedziele każdego miesiąca;
  • za pracę w niedzielę powinno przysługiwać wyraźnie wyższe wynagrodzenie;
  • powinien przysługiwać również dzień wolny w innym terminie;
  • grafik niedzielnych zmian powinien być ustalany z odpowiednim wyprzedzeniem;
  • Państwowa Inspekcja Pracy powinna skutecznie egzekwować normy odpoczynku i wynagrodzenia.

W takim systemie człowiek, który chce spędzić niedzielę z rodziną, otrzymuje realną ochronę. Człowiek, który chce tego dnia pracować i więcej zarobić, również dostaje taką możliwość. Państwo powinno chronić pracownika przed wyzyskiem. Nie powinno chronić go przed możliwością legalnej pracy, którą sam chce wykonywać.

Klient nie powinien być kontrolerem „Solidarności”

Dlatego nie zamierzam przesyłać „Solidarności” żadnego paragonu z niedzielnych zakupów. Jeżeli sklep narusza obowiązujące prawo, istnieją państwowe instytucje odpowiedzialne za jego kontrolę. Organizowanie ogólnopolskiej akcji, w której klienci mają kupować produkty po to, żeby zdobywać dowody przeciwko placówkom handlowym, uważam za niewłaściwy kierunek działania związku zawodowego.

Tym bardziej że mamy do czynienia z organizacją, która przez lata pozostawała politycznie blisko obozu odpowiedzialnego za wprowadzenie tych regulacji i publicznie przedstawiała ograniczenie handlu jako element wspólnego dorobku ze Zjednoczoną Prawicą. W mojej ocenie właśnie dlatego dzisiejszą akcję trudno oddzielić od polityki.

Zamiast zbierać paragony, „Solidarność” powinna walczyć o wyższe wynagrodzenia za niedzielną pracę, lepsze grafiki, realną możliwość odmowy nadmiernej liczby zmian i skuteczne przestrzeganie norm czasu pracy. To byłaby rzeczywista obrona pracownika. Ściganie otwartych sklepów jest przede wszystkim obroną zakazu.

Wszystkie niedziele powinny być handlowe

Po ośmiu latach funkcjonowania ograniczenia uważam, że czas zakończyć ten eksperyment. Każda niedziela powinna być prawnie handlowa. Nie oznacza to obowiązku otwierania każdego sklepu. Nie oznacza pracy każdego sprzedawcy. Nie oznacza siedmiodniowego tygodnia pracy.

Oznacza jedynie, że państwo przestaje decydować za przedsiębiorcę, konsumenta i pracownika, co wolno im robić w konkretnym dniu tygodnia. Student może dorobić. Pracownik może dostać wysoką niedzielną stawkę. Klient może zrobić zakupy wtedy, kiedy ma na nie czas. Przedsiębiorca może zdecydować, czy opłaca mu się otworzyć sklep.

A pracownik, który nie chce spędzać każdej niedzieli w pracy, powinien mieć to zagwarantowane przepisami prawa pracy. To jest znacznie rozsądniejszy kompromis niż system, w którym raz sklep może być otwarty, raz nie, właściciel może sprzedawać, pracownik nie może, stacja paliw handluje, internet handluje, a związek zawodowy prosi klientów o zbieranie paragonów.

Zamiast kolejnej wojny „Solidarności” ze sklepami potrzebujemy po prostu normalnego prawa.

Źródła

Udostępnij artykuł

Awatar Łukasz Ptak

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *