Gdy Europa walczy sama ze sobą, korzysta Rosja. Protesty, chaos i wojna hybrydowa

Płonący samochód podczas protestów i zamieszek w Paryżu w październiku 2026 roku

W ostatnich tygodniach europejskie ulice coraz częściej wypełniają demonstranci. Francja, Włochy, Hiszpania, Portugalia, Albania – różne państwa, różne problemy i różne środowiska protestujących. Łączy je jedno: coraz większa społeczna frustracja, która w części miast kończy się już nie tylko demonstracją, ale starciami z policją, podpaleniami, dewastacją i grabieżami.

Nie chcę stawiać tezy, że ktoś w Moskwie zleca agentom w Europie podburzanie społeczeństwa do demonstracji w Paryżu, Mediolanie czy Barcelonie. Nie mam na to oczywiście dowodów. Uważam jednak za bardzo realne, że im bardziej Europa pogrąża się we własnych kryzysach społecznych, tym bardziej sytuacja ta odpowiada strategicznym interesom Rosji.

I nie chodzi wyłącznie o to, że europejskie rządy mają wtedy mniej czasu na problem wojny w Ukrainie. Chodzi o znacznie szerszy mechanizm: uwagę opinii publicznej, pieniądze, priorytety polityczne, gotowość społeczeństwa do finansowania obronności i pomocy zagranicznej oraz zaufanie obywateli do własnego państwa.

Dokładnie na tych obszarach operuje współczesna wojna hybrydowa.

Europa rzeczywiście ma powody do niezadowolenia

Zdecydowana większość problemów, które wyprowadzają dziś Europejczyków na ulice, jest rzeczywista.

Francuzi protestują przeciwko rosnącym kosztom życia, problemom usług publicznych, sytuacji w szkołach, nierównościom i polityce społecznej. 24 października według francuskiego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych protestowało około 410 tys. osób, podczas gdy CGT mówiła o około 800 tys.

W Paryżu, Marsylii, Nantes, Strasburgu czy Lyonie dochodziło do starć i interwencji policji, choć większość wielkich pochodów przebiegała spokojnie. Sam francuski minister spraw wewnętrznych oceniał, że zasadnicza część zgromadzeń odbyła się bez większych incydentów.

We Włoszech ludzie wychodzą na ulice z powodu kosztów życia, niskich wynagrodzeń, problemów mieszkaniowych i wydatków państwa. W części demonstracji bardzo wyraźnie pojawiają się również hasła przeciwko zbrojeniom i angażowaniu Włoch w konflikty międzynarodowe.

W Barcelonie protest młodzieży przerodził się w podpalanie ulic, dewastowanie i plądrowanie sklepów. Zatrzymano około stu osób. W Madrycie demonstranci bronili systemu emerytalnego. W Lizbonie domagano się dostępniejszych mieszkań. W Tiranie protesty przeciwko władzom kończyły się starciami z policją i użyciem gazu łzawiącego.

Nie ma więc jednego europejskiego protestu ani jednej organizacji sterującej niezadowoleniem.

Jest natomiast wspólny mianownik, czyli coraz większa grupa Europejczyków uważa, że ich własne państwo nie rozwiązuje problemów, które bezpośrednio wpływają na ich codzienne życie.

Protest jest częścią demokracji. Zamieszki już nie

Jako osoba o liberalnych poglądach nie mam problemu z masowymi protestami. Wręcz przeciwnie. Możliwość wyjścia na ulicę i powiedzenia władzy „nie zgadzam się” jest jednym z fundamentów demokracji.

Problem pojawia się w chwili, w której protest przestaje być naciskiem politycznym, a zaczyna być narzędziem destabilizacji.

Podpalony samochód nie zwiększa dostępności mieszkań. Rozbita witryna nie podnosi emerytury. Splądrowany sklep nie poprawia finansowania szkoły. Kamień rzucony w policjanta nie obniża inflacji.

Co więcej, przemoc często uderza również w samych pokojowych demonstrantów. W Grenoble uczestnicy protestu reagowali niechęcią na grupy demolujące witryny. W wielu krajach związki zawodowe i organizatorzy demonstracji próbują oddzielać swoje pochody od ludzi przychodzących przede wszystkim po to, by doprowadzić do konfrontacji.

I właśnie ta granica jest niezwykle istotna. Bo dla zewnętrznego aktora zainteresowanego destabilizacją państwa nie ma większego znaczenia, czy pierwotny protest został zorganizowany z powodu emerytur, mieszkań czy edukacji. Znaczenie ma to, czy można wykorzystać jego eskalację.

Rosja nie musi organizować protestu, żeby na nim skorzystać

Wojna hybrydowa nie polega wyłącznie na wysyłaniu agentów, którzy osobiście organizują manifestację. Znacznie skuteczniejsze może być wykorzystanie konfliktu, który już istnieje.

Europejska Służba Działań Zewnętrznych w opublikowanym w marcu 2026 roku raporcie dotyczącym zagranicznych manipulacji informacyjnych opisuje rosyjską strategię bardzo wyraźnie. Jej celem jest przede wszystkim pogłębianie już istniejących podziałów społecznych, wzmacnianie nastrojów antysystemowych oraz podważanie zaufania do Unii Europejskiej i instytucji państwa.

Wśród strategicznych kierunków rosyjskich operacji informacyjnych EEAS wskazuje również działania wymierzone w poparcie dla Ukrainy oraz europejskie wysiłki związane ze wzmacnianiem własnej obronności.

NATO mówi jeszcze bardziej bezpośrednio: Rosja wykorzystuje działania hybrydowe po to, aby wywoływać strach, destabilizować społeczeństwa, zakłócać funkcjonowanie gospodarek i zniechęcać państwa Sojuszu do wspierania Ukrainy.

Co ważne, to nie jest już tylko moja interpretacja rosyjskiej strategii. To oficjalna ocena instytucji odpowiadających za bezpieczeństwo Europy.

Najlepsza dezinformacja zaczyna się od prawdziwego problemu

Propaganda jest najskuteczniejsza wtedy, kiedy nie musi wymyślać rzeczywistości od początku.

Jeżeli w państwie rzeczywiście brakuje mieszkań, propaganda nie musi wymyślać kryzysu mieszkaniowego. Wystarczy przekonać ludzi, że winę ponosi ktoś konkretny. Jeżeli społeczeństwo rzeczywiście martwi się cenami energii, można skierować gniew przeciwko sankcjom na Rosję. Jeżeli szpital jest niedofinansowany, można powtarzać, że „pieniądze zamiast dla pacjentów jadą do Kijowa”. Jeżeli młody człowiek nie może znaleźć mieszkania, można przekonywać go, że europejscy politycy bardziej interesują się Ukrainą niż jego przyszłością.

Problem pozostaje prawdziwy. Manipulacja dotyczy wskazania przyczyny i rozwiązania.

EEAS dokumentuje właśnie taki mechanizm. W rosyjskich operacjach informacyjnych pomoc finansowa dla Ukrainy przedstawiana jest jako marnotrawstwo pieniędzy, które powinny zostać przeznaczone na potrzeby obywateli państw wspierających Kijów.

To niezwykle skuteczny przekaz, ponieważ bazuje na jednym z najprostszych politycznych pytań mianowicie „dlaczego mamy płacić za innych, skoro sami mamy problemy?”.

Ulica i internet tworzą dziś jeden system

Współczesny protest nie kończy się na placu czy ulicy. Każda bójka z policją, każdy podpalony kosz, każda rozbita szyba i każdy źle przeprowadzony policyjny szturm po kilku minutach trafiają na TikToka, X, Facebooka i Telegram.

Potem zaczyna się druga część wydarzenia – walka o interpretację obrazu.

Francuski VIGINUM, zajmujący się wykrywaniem zagranicznych ingerencji cyfrowych, opisuje rosyjskie operacje prowadzone przeciwko Francji i innym państwom europejskim jako system obejmujący fałszywe portale informacyjne, sieci kont w mediach społecznościowych, podszywanie się pod media oraz wzmacnianie w przestrzeni informacyjnej zdarzeń, które rzeczywiście miały miejsce w świecie fizycznym.

Rosja nie musi więc sfabrykować filmu przedstawiającego płonący samochód, jeżeli taki samochód naprawdę płonie. Wystarczy pokazać go milion razy.

Wystarczy usunąć kontekst, zasugerować chaos w całym kraju, przedstawić pojedyncze starcie jako dowód upadku państwa i połączyć je z narracją, że demokracja liberalna nie działa.

Na tym właśnie polega przewaga operacji informacyjnej opartej na prawdziwym wydarzeniu. Trudniej ją zdementować, bo obraz jest autentyczny.

Gdy płonie centrum miasta, Ukraina schodzi z pierwszych stron

Jest jeszcze jeden, znacznie bardziej banalny mechanizm. Państwo ma ograniczoną uwagę. Media mają ograniczoną uwagę. Politycy mają ograniczoną uwagę. Obywatele również.

Jeżeli w Paryżu dochodzi do zamieszek, rząd francuski zajmuje się bezpieczeństwem Paryża. Jeżeli w Mediolanie trzeba wysłać dodatkowych policjantów i żołnierzy, Włochy zajmują się Mediolanem. Jeżeli centra miast zamykają sklepy w obawie przed grabieżami, właśnie ten problem zaczyna dominować krajową debatę.

To naturalne. Ale jednocześnie każdego dnia Rosja nadal prowadzi wojnę.

Rosyjskie rakiety nadal uderzają w ukraińską infrastrukturę energetyczną, transportową, szpitale i obiekty cywilne. Ukraina nadal potrzebuje systemów obrony powietrznej, amunicji, pieniędzy na funkcjonowanie państwa i odbudowę infrastruktury.

15 października przywódcy Unii Europejskiej ponownie zobowiązali się do dalszego wsparcia Kijowa i wezwali partnerów do zwiększenia pomocy.

Tyle że deklaracja europejskiego szczytu jest tylko początkiem. Pieniądze i broń ostatecznie wymagają decyzji politycznych podejmowanych w państwach członkowskich.

A te decyzje stają się coraz trudniejsze, kiedy wyborca stoi na ulicy i pyta własnego premiera o ceny mieszkań, emeryturę albo kolejkę do lekarza.

Skala europejskiej pomocy pokazuje, o jak wysoką stawkę chodzi

Pomoc dla Ukrainy nie jest symboliczną pozycją w europejskim budżecie. Łączne wsparcie Unii Europejskiej i jej państw dla Ukrainy – obejmujące pomoc finansową, wojskową, środki pochodzące z zamrożonych rosyjskich aktywów oraz pomoc związaną z uchodźcami – przekroczyło 231 mld euro. W 2026 roku Unia uruchomiła również wieloletni kredyt dla Ukrainy o wartości 90 mld euro, z czego około 60 mld ma wspierać potrzeby obronne.

Państwa NATO zobowiązały się natomiast do dostarczenia Ukrainie w 2026 roku około 70 mld euro w sprzęcie wojskowym, pomocy i szkoleniach oraz zapowiedziały utrzymanie co najmniej podobnego poziomu wsparcia w 2027 roku.

To gigantyczny wysiłek polityczny i finansowy. I właśnie dlatego jego trwałość zależy nie tylko od sytuacji na froncie. Zależy również od tego, czy europejskie społeczeństwa nadal będą uważały, że warto go ponosić.

Najgroźniejsze hasło może brzmieć: „najpierw zajmijmy się sobą”

Samo w sobie brzmi rozsądnie. Państwo oczywiście powinno zajmować się swoimi obywatelami. Problem zaczyna się wtedy, kiedy przeciwstawiamy sobie dwie rzeczy, które w rzeczywistości są ze sobą połączone. Bezpieczeństwo Ukrainy nie jest konkurencją dla bezpieczeństwa Polski, Francji czy Niemiec. Jest jego częścią.

NATO określa Rosję jako najpoważniejsze i bezpośrednie zagrożenie dla bezpieczeństwa państw Sojuszu. Jednocześnie wskazuje, że rosyjskie działania hybrydowe prowadzone są przeciwko krajom NATO już dzisiaj – poprzez sabotaż, cyberataki, manipulację informacyjną, ingerencję polityczną, presję gospodarczą czy instrumentalizowanie migracji.

Wojna z Rosją nie zaczyna się więc dopiero wtedy, gdy rosyjski czołg przekracza granicę państwa NATO. Jej elementy funkcjonują w Europie już teraz.

Ukraina jest dziś pierwszą linią europejskiego bezpieczeństwa

Dlatego w mojej ocenie Europa nie może pozwolić sobie na luksus politycznego zmęczenia Ukrainą. Jeżeli ukraińskie państwo zostałoby militarne złamane albo zmuszone do podporządkowania się rosyjskim warunkom, nie oznaczałoby to automatycznego końca problemu bezpieczeństwa w Europie. Oznaczałoby przesunięcie problemu na zachód.

Rosja otrzymałaby nie tylko polityczne zwycięstwo. Zyskałaby przekonanie, że presja wojskowa połączona z działaniami hybrydowymi, zmęczeniem społeczeństw Zachodu i osłabianiem ich jedności przynosi rezultat.

A państwa wschodniej flanki NATO znalazłyby się w zupełnie innej sytuacji strategicznej niż dzisiaj. Dotyczy to przede wszystkim Polski, państw bałtyckich, Rumunii i całej Europy Środkowo-Wschodniej.

Nie mamy luksusu zakładania, że Rosja po ewentualnym zwycięstwie nad Ukrainą uznałaby swoją historyczną misję za zakończoną i spokojnie zatrzymała się na nowej granicy. Cała polityka Kremla ostatnich kilkunastu lat każe przygotowywać się na wariant dokładnie przeciwny.

Łukasz Ptak

Rosja wygrywa również wtedy, gdy Europejczycy zaczynają kłócić się o Ukrainę

Nie trzeba zniszczyć europejskiego czołgu, jeżeli można sprawić, że europejski parlament nie będzie chciał go kupić. Nie trzeba zatrzymywać transportu broni, jeżeli można przekonać wystarczającą liczbę wyborców, że broń nie powinna zostać wysłana. Nie trzeba zablokować przelewu dla Ukrainy, jeżeli polityk zacznie obawiać się, że jego wyborcy ukarzą go za wysłanie pieniędzy za granicę.

Dlatego szczególnie interesujące są dzisiejsze protesty we Włoszech, w których obok problemów ekonomicznych pojawiają się również hasła przeciwko zwiększaniu wydatków na zbrojenia i zaangażowaniu w wojny. To w demokratycznym państwie całkowicie normalny pogląd.

Ale jest to jednocześnie dokładnie ta płaszczyzna polityczna, na której interes europejskiego protestującego i strategiczny interes Kremla mogą się przypadkowo spotkać. Nie oznacza to, że każdy protestujący działa na rzecz Rosji. Oznacza, że Rosja może próbować sprawić, aby jego głos był głośniejszy, bardziej radykalny i skierowany przeciwko dalszemu wspieraniu Ukrainy.

Wojna hybrydowa jest najskuteczniejsza, kiedy przeciwnik nie widzi wojny

To być może najważniejsza cecha współczesnego konfliktu. Nie trzeba wypowiadać żadnej wojny.

Można zaatakować system informatyczny. Uszkodzić infrastrukturę. Finansować dezinformację. Podszywać się pod media. Wzmacniać skrajne przekazy. Rozpowszechniać sfabrykowane filmy. Podsycać istniejące konflikty polityczne i narodowościowe.

Unia Europejska oficjalnie uznaje takie działania za element trwałej rosyjskiej kampanii hybrydowej prowadzonej przeciwko państwom członkowskim.

Francuski VIGINUM udokumentował m.in. rosyjskie operacje Storm-1516, Matryoshka czy sieć Portal Kombat. Ich zadaniem było wpływanie na debatę publiczną, rozpowszechnianie narracji korzystnych dla Moskwy, uderzanie w Ukrainę i podważanie polityki europejskiego wsparcia.

W 2026 roku VIGINUM nadal wykrywał kolejne operacje ingerujące we francuską debatę publiczną. Nie mamy więc do czynienia z hipotetyczną możliwością rosyjskiej ingerencji.

Mamy do czynienia z udokumentowaną działalnością. Dyskusja dotyczy jedynie tego, gdzie dokładnie i z jaką skutecznością jest prowadzona.

Europa musi potrafić robić dwie rzeczy jednocześnie

Odpowiedzią nie może być zakaz protestów. Byłoby absurdem bronić liberalnej demokracji przed Rosją poprzez ograniczanie praw, które liberalną demokrację definiują. Państwa europejskie muszą więc wykonywać dwa zadania równolegle.

Po pierwsze, odpowiadać na realne problemy własnych obywateli: ceny mieszkań, koszty życia, jakość usług publicznych, wynagrodzenia, emerytury i poczucie bezpieczeństwa ekonomicznego.

Po drugie, nie pozwalać, żeby frustracja społeczna została wykorzystana do strategicznego osłabienia Europy.

To oznacza skuteczne zwalczanie zagranicznych operacji informacyjnych, większą przejrzystość algorytmów platform społecznościowych, szybkie prostowanie manipulacji, ochronę infrastruktury krytycznej i ściganie rzeczywistych aktów przemocy.

A jednocześnie ochronę prawa pokojowych demonstrantów do protestowania przeciwko własnemu rządowi.

Nie możemy dać się postawić przed fałszywym wyborem

Najbardziej niebezpieczna polityczna pułapka polega na wmówieniu Europejczykom, że muszą wybierać:

  • Albo mieszkania, albo Ukraina.
  • Albo szpitale, albo obronność.
  • Albo emerytury, albo bezpieczeństwo wschodniej flanki.

Oczywiście budżet państwa nie jest nieskończony i polityka zawsze oznacza wybory. Ale bezpieczeństwo nie jest luksusem finansowanym dopiero wtedy, gdy wszystkie inne problemy zostaną rozwiązane.

Jest warunkiem, żeby państwo w ogóle mogło długoterminowo rozwiązywać inne problemy. Dla Polski powinno być to szczególnie oczywiste. Im dłużej Ukraina jest w stanie zatrzymywać rosyjską armię na swoim terytorium, tym dalej ta armia pozostaje od naszej granicy.

To brutalne zdanie, ale nasze położenie geograficzne jest jeszcze bardziej brutalne.

Największym sukcesem Kremla byłaby Europa zajęta sama sobą

Dlatego na dzisiejszą falę protestów patrzę szerzej niż wyłącznie przez pryzmat ich lokalnych przyczyn. Rozumiem ludzi wychodzących na ulice przeciwko rosnącym kosztom życia. Rozumiem młodych, którzy nie mogą znaleźć mieszkania. Rozumiem pracowników obawiających się o przyszłość i emerytów broniących swoich świadczeń.

Nie akceptuję natomiast sytuacji, w której uzasadniony protest zostaje zamieniony w przemoc, a przemoc – świadomie lub nie – zaczyna pracować na rzecz destabilizacji całego państwa.

I szczególnie niepokoi mnie moment, w którym Europa zaczyna być tak pochłonięta własnymi ulicznymi konfliktami, że wojna tocząca się przy jej granicy staje się jednym z wielu tematów politycznych.

Rosja nie musi wygrać wojny hybrydowej poprzez przekonanie Europejczyków, że Kreml ma rację. Wystarczy, że przekona ich, iż mają ważniejsze problemy niż Ukraina.

Łukasz Ptak

Właśnie dlatego europejskie państwa muszą jednocześnie rozwiązywać własne problemy społeczne i konsekwentnie wspierać Ukrainę. Jedno nie może być wymówką dla rezygnacji z drugiego.

Bo jeżeli dziś pozwolimy, aby wewnętrzny chaos odwrócił naszą uwagę od rosyjskiej agresji, za kilka lat możemy odkryć, że problem, od którego próbowaliśmy odwrócić wzrok, znalazł się znacznie bliżej naszych własnych granic. Właśnie wtedy będzie już znacznie trudniej powiedzieć: zajmijmy się najpierw sobą.

Źródła

Le Monde – protesty we Francji 24 października 2026 r., skala mobilizacji i starcia
Euronews – fala protestów we Francji, Włoszech, Hiszpanii, Portugalii i Albanii
Euronews – protesty, starcia i działania służb we Włoszech
Reuters – zamieszki, podpalenia i zatrzymania w Barcelonie
Reuters – protesty przeciwko kosztom życia, wojnie i zbrojeniom we Włoszech
Europejska Służba Działań Zewnętrznych – 4th EEAS Report on Foreign Information Manipulation and Interference Threats, 2026
Rada UE – rosyjskie działania hybrydowe i próby osłabiania wsparcia dla Ukrainy
Rada UE – działania hybrydowe Rosji przeciwko Unii Europejskiej
NATO – rosyjskie działania hybrydowe, destabilizacja społeczeństw i osłabianie wsparcia dla Ukrainy
NATO – charakter i cele zagrożeń hybrydowych
VIGINUM – trzy lata rosyjskich operacji informacyjnych związanych z wojną w Ukrainie
VIGINUM – analiza rosyjskiej operacji informacyjnej Storm-1516
VIGINUM – sieć prorosyjskiej propagandy Portal Kombat
Rada Europejska – konkluzje z 15 października 2026 r. dotyczące Ukrainy i dalszego wsparcia
Rada UE – skala pomocy finansowej Unii Europejskiej dla Ukrainy
NATO – deklaracja szczytu w Ankarze i zobowiązania pomocy wojskowej dla Ukrainy w 2026 i 2027 roku

Podobał Ci się ten artykuł?

lukaszptak.pl tworzę samodzielnie.
Jeśli cenisz moje teksty, komentarze i analizy, możesz wesprzeć dalszy rozwój serwisu, stawiając mi wirtualną kawę.

Treści pozostają dostępne bez paywalla, a każde wsparcie jest całkowicie dobrowolne.

Wsparcie realizowane przez buycoffee.to

Udostępnij artykuł

Awatar Łukasz Ptak

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *