Pakt sejmowy przed wyborami 2027? Jedna lista koalicji czy dwa duże bloki

Włodzimierz Czarzasty, Szymon Hołownia, Władysław Kosiniak-Kamysz i Donald Tusk podczas wspólnego wystąpienia w Sejmie

Pomysł wspólnego startu partii tworzących obecny obóz rządzący wraca przed wyborami parlamentarnymi w 2027 roku. Według medialnych ustaleń Donald Tusk rozmawiał z koalicjantami o jednej liście, szczególnie na wypadek konsolidacji ugrupowań po prawej stronie sceny politycznej. Nie ma jednak na razie ani podpisanego „paktu sejmowego”, ani wspólnego stanowiska partnerów. Nowa Lewica mówi raczej o dwóch blokach, a PSL oficjalnie przygotowuje się do samodzielnego startu. Czy doświadczenie Paktu Senackiego z 2023 roku można w ogóle przenieść do wyborów do Sejmu?

Do wyborów parlamentarnych w 2027 roku pozostało jeszcze kilka miesięcy, ale pytanie o konfigurację list staje się jednym z najważniejszych strategicznych tematów obecnej koalicji rządzącej. Koalicja Obywatelska, Nowa Lewica, PSL, Polska 2050 oraz mniejsze środowiska muszą zdecydować, czy ponownie próbować przyciągać różne grupy wyborców pod osobnymi szyldami, czy też ograniczyć ryzyko związane z progami wyborczymi i połączyć siły.

W debacie coraz częściej pojawia się określenie „pakt sejmowy”. Brzmi ono jak naturalna kontynuacja Paktu Senackiego, ale w praktyce sprawa jest znacznie bardziej skomplikowana. Sejm i Senat wybieramy bowiem według zupełnie innych zasad.

Pakt Senacki przyniósł 66 mandatów

Mechanizm Paktu Senackiego był stosunkowo prosty: partie ówczesnej demokratycznej opozycji uzgadniały jednego kandydata w poszczególnych okręgach, aby nie konkurować między sobą i nie dzielić głosów wyborców.

W wyborach z 15 października 2023 roku kandydaci zaliczani do Paktu Senackiego zdobyli łącznie 66 ze 100 mandatów. Prawo i Sprawiedliwość uzyskało 34 mandaty. Oficjalne dane Państwowej Komisji Wyborczej pokazują m.in. 41 senatorów wybranych z list Koalicji Obywatelskiej, 11 z Trzeciej Drogi i 9 z Nowej Lewicy, a pozostałe mandaty przypadły kandydatom startującym z własnych komitetów związanych z paktem.

Efekt był możliwy również dzięki konstrukcji wyborów do Senatu. Polska jest podzielona na 100 jednomandatowych okręgów wyborczych. W każdym wybierany jest jeden senator. Jeżeli kilka ugrupowań o zbliżonym politycznie elektoracie wystawia własnych kandydatów, mogą oni odebrać sobie wzajemnie głosy i umożliwić zwycięstwo konkurentowi.

W wyborach do Sejmu nie da się po prostu skopiować tego rozwiązania

W przypadku Sejmu sytuacja wygląda inaczej. Posłowie wybierani są w wielomandatowych okręgach z list kandydatów, a mandaty rozdzielane są pomiędzy listy metodą d’Hondta.

Kodeks wyborczy przewiduje ponadto ogólnokrajowy próg 5 proc. ważnie oddanych głosów dla list komitetów partyjnych oraz 8 proc. dla koalicyjnych komitetów wyborczych. Dopiero listy spełniające te warunki uczestniczą w podziale mandatów.

Dlatego „pakt sejmowy” nie może działać dokładnie tak jak senacki. Nie chodzi o wskazanie jednego kandydata w każdym okręgu. W grę wchodzi raczej utworzenie jednej wspólnej listy albo kilku dużych bloków wyborczych oraz uzgodnienie, którzy kandydaci i z jakich ugrupowań znajdą się na konkretnych miejscach.

Co ciekawe, „pakt sejmowy” pojawił się już w 2023 roku

Samo określenie nie jest nowe. Przed wyborami w 2023 roku Nowa Lewica proponowała Koalicji Obywatelskiej, PSL i Polsce 2050 podpisanie dokumentu określanego właśnie jako „pakt sejmowy”.

Nie chodziło wówczas jednak o stworzenie jednej listy wyborczej. Projekt przewidywał m.in. współpracę podczas kampanii, ograniczenie wzajemnych ataków, zaakceptowanie różnic programowych oraz deklarację utworzenia wspólnej koalicji i rządu po wyborach.

Ostatecznie partie poszły do wyborów do Sejmu w trzech głównych blokach: Koalicja Obywatelska zdobyła 157 mandatów, Trzecia Droga 65, a Nowa Lewica 26. Łącznie dało to 248 mandatów – wystarczająco do utworzenia większości parlamentarnej. PiS zdobyło 194 mandaty, a Konfederacja 18.

Historia z 2023 roku pokazuje więc dwie różne strategie zastosowane jednocześnie: współpracę i wspólnych kandydatów do Senatu oraz kilka konkurujących ze sobą, ale deklarujących późniejszą współpracę list do Sejmu.

Tusk ma wracać do pomysłu jednej listy

Najbardziej konkretne informacje dotyczące obecnych rozmów pojawiły się w sierpniu. Według ustaleń Onetu podczas spotkania Donalda Tuska, Władysława Kosiniaka-Kamysza i Włodzimierza Czarzastego premier miał przekonywać partnerów do wariantu wspólnego startu.

Według źródeł portalu szczególne znaczenie miałby scenariusz, w którym przed wyborami doszłoby również do konsolidacji ugrupowań prawicowych. W takim przypadku stworzenie jednego dużego bloku obecnego obozu rządzącego miałoby być odpowiedzią na podobny ruch konkurentów.

Nie jest to jedynie temat anonimowych przecieków. Już w kwietniu wiceminister Jacek Karnowski z KO mówił w Polskim Radiu, że Donald Tusk „zaprasza wszystkich koalicjantów na wspólne listy”, zaznaczając jednocześnie, że jest to oferta, a nie próba zmuszenia pozostałych ugrupowań do wspólnego startu.

„Dziennik Gazeta Prawna” określał w sierpniu jedną listę jako swego rodzaju plan awaryjny. Według gazety partnerzy KO zachowywali do niego duży dystans, ale konsolidacja przeciwników politycznych mogłaby zmienić kalkulacje przed wyborami.

Czarzasty: lepsze byłyby dwa bloki

Włodzimierz Czarzasty przedstawia inną koncepcję. 18 sierpnia w rozmowie z Wirtualną Polską powiedział, że najbliższy jest mu model dwóch list.

Pierwsza miałaby charakter centroprawicowy i mogłaby łączyć przede wszystkim Koalicję Obywatelską z PSL. Druga byłaby centrolewicowa, z istotną rolą Nowej Lewicy i możliwością skupienia innych środowisk z tej części sceny politycznej.

Czarzasty zakwestionował jednocześnie medialny obraz, według którego Tusk miał podczas spotkania liderów zdecydowanie naciskać na jedną listę. Podkreślił też ryzyko, że zbyt szeroki blok od ludowców po Lewicę może nie być prostą sumą poparcia wszystkich tworzących go partii. Część wyborców mogłaby nie zaakceptować tak szerokiego ideologicznie porozumienia.

Według lidera Nowej Lewicy jednym z pierwszych realnych momentów podejmowania decyzji dotyczących list może być dopiero początek 2027 roku.

PSL oficjalnie przygotowuje się do własnego startu

Jeszcze bardziej ostrożni są ludowcy. „Rzeczpospolita”, aktualizując 26 września analizę strategii PSL, informowała, że oficjalnym planem partii pozostaje samodzielny start i budowanie rozpoznawalności własnych polityków.

Nie oznacza to jednak zamknięcia wszystkich pozostałych możliwości. W politycznych rozmowach pojawiają się zarówno warianty ponownej współpracy z częścią środowiska Szymona Hołowni, jak i inne konfiguracje wyborcze. Ostateczny układ może więc wyglądać inaczej niż dzisiejsze deklaracje.

Problem mniejszych koalicjantów: próg wyborczy

Jednym z powodów powrotu rozmowy o wspólnej liście są wyniki sondaży mniejszych ugrupowań obecnego obozu rządzącego. W wielu badaniach PSL i Polska 2050 znajdują się poniżej ustawowego progu wyborczego.

Nie oznacza to oczywiście, że takie będą ich wyniki w wyborach w 2027 roku. Sondaże wykonywane ponad rok przed głosowaniem nie są prognozą rezultatu. Pokazują jednak problem strategiczny: jeżeli kilka procent głosów padnie na listy, które nie przekroczą progu, głosy te nie będą uczestniczyć w podziale mandatów.

Z drugiej strony utworzenie jednej listy również nie gwarantuje, że poparcie wszystkich partii da się po prostu zsumować. Wyborca Nowej Lewicy nie musi zaakceptować kandydatów PSL, a część elektoratu ludowców może nie chcieć głosować na listę obejmującą szeroką lewicę. Podobnie wyborcy mniejszych ugrupowań mogą uznać, że ich polityczna tożsamość zostaje w dużym bloku zatarta.

Jedna lista, dwa bloki czy osobny start?

WariantPotencjalny efektNajważniejsze ryzyko
Jedna wspólna listaOgraniczenie ryzyka utraty głosów przez partie znajdujące się pod progiem i koncentracja wyniku na jednej liścieOdpływ wyborców, którzy nie akceptują bardzo szerokiego porozumienia oraz spory o miejsca na listach
Dwa duże blokiPołączenie części korzyści z konsolidacji z zachowaniem większej różnorodności programowejOba bloki muszą osiągnąć odpowiednie poparcie, a podział polityków pomiędzy nimi może wywołać konflikty
Osobne listyKażda partia zachowuje własny program, markę i możliwość kierowania przekazu do swojego elektoratuRyzyko nieprzekroczenia progu przez mniejsze ugrupowania i niewykorzystania części głosów w podziale mandatów

Sondaże nie dają jednej odpowiedzi

W czerwcu CBOS opublikował badanie przeprowadzone w maju wśród potencjalnych uczestników wyborów w 2027 roku. 30 proc. respondentów uważało, że ugrupowania obecnej koalicji powinny wystartować oddzielnie. Jedną wspólną koalicję preferowało 15 proc., a 9 proc. opowiadało się za maksymalnie dwoma blokami. Dla 36 proc. sposób ułożenia list był obojętny.

Inaczej wyglądał wynik sierpniowego badania UCE Research dla Onetu, w którym zapytano bezpośrednio o gotowość głosowania na wspólną listę KO, PSL, Nowej Lewicy i Polski 2050. 38,8 proc. zadeklarowało, że oddałoby na nią głos, 37,2 proc. odpowiedziało przecząco, 16,4 proc. nie potrafiło zdecydować, a 7,6 proc. deklarowało brak udziału w wyborach.

Jeszcze inne wyniki przynoszą badania, w których ankietowani otrzymują gotowe hipotetyczne listy i mają wybrać jedną z nich. Tych badań nie można jednak bezpośrednio porównywać z pytaniem o samą akceptację wspólnego startu. Inna konstrukcja pytania mierzy inne zachowanie wyborcy.

Nie można więc na podstawie obecnych sondaży rozstrzygnąć, która konfiguracja przyniosłaby w 2027 roku więcej mandatów. Do wyborów pozostało dużo czasu, a na wynik wpływać będzie zarówno poziom poparcia poszczególnych ugrupowań, jak i frekwencja, liczba konkurujących list oraz rozkład głosów w poszczególnych okręgach.

Metoda d’Hondta sprzyja koncentracji, ale nie tworzy głosów

W debacie często pojawia się argument dotyczący metody d’Hondta. Zgodnie z Kodeksem wyborczym głosy otrzymane przez listę w danym okręgu dzielone są kolejno przez 1, 2, 3, 4 i następne liczby, a mandaty otrzymują listy z najwyższymi ilorazami.

Przy określonym rozkładzie wyników duże listy mogą dzięki temu uzyskiwać korzystniejszą relację mandatów do głosów niż niewielcy konkurenci. Nie oznacza to jednak matematycznej zasady, że połączenie kilku partii zawsze zapewnia im lepszy wynik. Jeżeli wspólna lista traci część wyborców tworzących ją ugrupowań, korzyść z koncentracji może zostać zmniejszona albo zneutralizowana.

Czy Polska zmierza w kierunku dwóch wielkich bloków?

Debata o jednej liście dotyka szerszego pytania o przyszły kształt polskiego systemu partyjnego. Gdyby po jednej stronie powstał duży blok skupiony wokół KO, a po drugiej doszło do podobnej konsolidacji prawicy, polska scena polityczna zaczęłaby przypominać system dwublokowy.

Nie oznaczałoby to jednak automatycznie powstania klasycznego systemu dwupartyjnego. Partie mogłyby nadal istnieć, posiadać własne struktury i programy, ale występować w wyborach wewnątrz dwóch większych porozumień. Różnice polityczne częściowo przeniosłyby się wtedy z rywalizacji pomiędzy osobnymi listami do rywalizacji wewnątrz poszczególnych bloków.

„Model anglosaski” nie oznacza wszędzie dwóch partii

Najbardziej klasycznym przykładem systemu zdominowanego przez dwie partie są Stany Zjednoczone. W Wielkiej Brytanii Izba Gmin wybierana jest w jednomandatowych okręgach według zasady first past the post, ale w parlamencie funkcjonuje wiele partii. Kanada również stosuje jednomandatowy system większości względnej, a mimo to posiada system wielopartyjny. Australia natomiast wybiera Izbę Reprezentantów w jednomandatowych okręgach z głosem preferencyjnym, podczas gdy Senat wybierany jest proporcjonalnie.

Ważna jest również cena, jaką może nieść silnie większościowa ordynacja. W brytyjskich wyborach w 2024 roku Partia Pracy zdobyła 33,7 proc. głosów, ale 63,2 proc. miejsc w Izbie Gmin. Reform UK otrzymała 14,3 proc. głosów i zaledwie 0,8 proc. mandatów. Biblioteka Izby Gmin określiła relację między udziałem w głosach i mandatach w tych wyborach jako najbardziej nieproporcjonalną w historii.

Polski system proporcjonalny daje mniejszym środowiskom większą szansę na reprezentację, jeżeli przekroczą próg. Model bardziej dwublokowy mógłby natomiast zwiększyć znaczenie szerokich porozumień przed wyborami. Są to dwa różne sposoby organizowania politycznej konkurencji, z różnymi zaletami i kosztami.

Patrzę z zainteresowaniem na możliwość stopniowego przesuwania się polskiej polityki w kierunku dwóch dużych bloków. Taki model może mieć jedną istotną zaletę: dla wyborcy czytelniejsze staje się, kto chce przejąć odpowiedzialność za rządzenie, a po wyborach może być mniej skomplikowanych negocjacji między kilkoma niewielkimi ugrupowaniami.

Nie oznacza to jednak, że powinniśmy bezkrytycznie kopiować Stany Zjednoczone czy Wielką Brytanię. Tamte systemy wyborcze działają inaczej, a ich skutkiem może być zarówno bardzo silna polaryzacja, jak i słabsza reprezentacja mniejszych środowisk. W Polsce ciekawszym rozwiązaniem byłby dla mnie raczej model dwóch szerokich bloków, wewnątrz których nadal istnieją różne nurty, partie i poglądy.

Jeżeli taki kierunek miałby się rozwijać, jego wartością powinna być większa przejrzystość odpowiedzialności politycznej, a nie likwidowanie pluralizmu. Wyborca powinien wiedzieć, jaki blok może stworzyć rząd, ale nadal mieć możliwość wyboru pomiędzy różnymi kandydatami i nurtami w jego ramach.

Łukasz Ptak

Do „paktu sejmowego” jeszcze daleko

Na obecnym etapie mówienie o gotowym Pakcie Sejmowym 2027 byłoby przedwczesne. Nie ma podpisanego porozumienia ani uzgodnionej jednej listy obecnej koalicji rządzącej.

Istnieją natomiast trzy wyraźne kierunki dyskusji: jedna szeroka lista całego obozu, postulowane przez Włodzimierza Czarzastego dwa większe bloki oraz osobne starty przynajmniej części ugrupowań. Na ostateczne decyzje wpływać będą przyszłe sondaże, sytuacja poszczególnych partii oraz to, czy do podobnej konsolidacji dojdzie po drugiej stronie sceny politycznej.

Pakt Senacki pokazał, że uzgodnienie wspólnych kandydatów może być bardzo skutecznym narzędziem w jednomandatowych okręgach. W wyborach do Sejmu nie istnieje jednak jego prosty odpowiednik. Tu politycy będą musieli zdecydować, jak pogodzić arytmetykę d’Hondta i ryzyko progów z czymś, czego w arkuszu kalkulacyjnym zmierzyć się nie da – zachowaniem wyborców, którzy niekoniecznie zaakceptują każdą możliwą polityczną koalicję.

Źródła

Podobał Ci się ten artykuł?

lukaszptak.pl tworzę samodzielnie.
Jeśli cenisz moje teksty, komentarze i analizy, możesz wesprzeć dalszy rozwój serwisu, stawiając mi wirtualną kawę.

Treści pozostają dostępne bez paywalla, a każde wsparcie jest całkowicie dobrowolne.

Wsparcie realizowane przez buycoffee.to

Udostępnij artykuł

Awatar Łukasz Ptak

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *