Maciej Berek złożył dziś ślubowanie sędziego Trybunału Konstytucyjnego. Nie zrobił tego jednak przed stojącym naprzeciwko niego prezydentem Karolem Nawrockim. W gabinecie marszałka Sejmu odczytał ustawową rotę, kierując ją „wobec Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej”. Następnie razem z innymi sędziami wybranymi przez obecny Sejm udał się do siedziby Trybunału przy al. Szucha w Warszawie.
Kilka godzin później spór prawny zamienił się niemal dosłownie w konflikt o dostęp do instytucji. Przed Trybunałem pojawili się protestujący i politycy prawicowej opozycji, interweniowała policja, a prezes TK Bogdan Święczkowski odmówił dopuszczenia Berka do wykonywania obowiązków orzeczniczych. Według relacji medialnych doszło także do ostrego starcia wewnątrz budynku. Święczkowski publicznie oznajmił, że Berek nie zostanie dopuszczony do orzekania, dopóki jego ślubowania nie uzna prezydent.
W tym samym czasie przedstawiciele PiS zaczęli przedstawiać się jako obrońcy legalnego Trybunału Konstytucyjnego przed próbą jego politycznego przejęcia. Tutaj natomiast rozpoczyna się zgrzyt – jeżeli chcemy uczciwie ocenić prawny status ślubowania Berka, trzeba przypomnieć nie tylko to, co wydarzyło się dziś, ale również to, co Prawo i Sprawiedliwość zrobiło z Trybunałem po przejęciu władzy w 2015 roku.
Nie da się bowiem opowiedzieć historii dzisiejszego kryzysu tak, jakby rozpoczął się 14 października 2026 roku. Nie rozpoczął się także wraz z wyborem Macieja Berka 4 września. Jego źródła sięgają 2015 roku, odmowy odebrania przez prezydenta Andrzeja Dudę ślubowania od prawidłowo wybranych sędziów, wyboru przez większość PiS innych osób na zajęte już stanowiska, późniejszego podporządkowywania instytucji własnej większości parlamentarnej oraz obsadzania Trybunału osobami jednoznacznie związanymi z obozem Zjednoczonej Prawicy.
Dlatego dzisiejsze wydarzenia wymagają odpowiedzi na kilka zupełnie różnych pytań. Czy prezydent ma prawo odmówić odebrania ślubowania od sędziego wybranego przez Sejm? Czy ślubowanie może być skuteczne bez jego fizycznej obecności? Czy Maciej Berek spełnia ustawowe warunki objęcia stanowiska? Czy były minister Donalda Tuska powinien w ogóle trafiać do organu mającego kontrolować konstytucyjność prawa tworzonego przez obecną większość? I wreszcie – z jaką wiarygodnością PiS może dzisiaj zarzucać obecnej władzy upolitycznianie instytucji, skoro wcześniej do TK wysłał między innymi Krystynę Pawłowicz, Stanisława Piotrowicza i Bogdana Święczkowskiego?
Co dokładnie wydarzyło się 14 października
Maciej Berek został wybrany przez Sejm na sędziego Trybunału Konstytucyjnego 4 września 2026 roku. W głosowaniu otrzymał 226 głosów. Jego kontrkandydat Artur Kotowski, zgłoszony przez PiS, uzyskał 184 głosy.
Po wyborze Berek nie został jednak zaproszony przez prezydenta Karola Nawrockiego do złożenia ślubowania. Sam zwrócił się do Kancelarii Prezydenta o wyznaczenie terminu. Sprawa pozostawała nierozwiązana przez kolejne tygodnie.
Dziś rano marszałek Sejmu Włodzimierz Czarzasty wręczył Berkowi uchwałę o jego wyborze. Następnie Berek odczytał przewidzianą w ustawie rotę ślubowania i jednoznacznie zaznaczył, że składa je „wobec prezydenta”. Karola Nawrockiego podczas ceremonii nie było.
Nie była to pierwsza taka sytuacja w tym roku. W marcu Sejm wybrał sześciu nowych sędziów TK. Prezydent odebrał ślubowanie od Magdaleny Bentkowskiej oraz Dariusza Szostka. Czterech pozostałych – Marcina Dziurdy, Anny Korwin-Piotrowskiej, Krystiana Markiewicza i Macieja Taborowskiego – nie zostało przez głowę państwa zaproszonych do analogicznej ceremonii. 9 kwietnia złożyli więc ślubowanie w Sejmie, kierując je do prezydenta.
Dzisiejsza ceremonia Berka powielała ten mechanizm, ale miała jeszcze większe znaczenie polityczne. Dzień wcześniej opublikowana została bowiem najnowsza opinia Komisji Weneckiej, która w dużej mierze potwierdziła prawne założenie stojące za takim rozwiązaniem.
Potem Berek pojechał do Trybunału. Konflikt przeniósł się pod bramę
Po ceremonii Berek razem z częścią pozostałych sędziów wybranych przez Sejm udał się do siedziby Trybunału Konstytucyjnego. Przed budynkiem zgromadzili się przeciwnicy jego wejścia do TK. Były to między innymi osoby związane z Ruchem Obrony Granic i Klubami „Gazety Polskiej”. Na miejscu pojawili się również politycy PiS.
Policja umożliwiła samochodom z sędziami wjazd na teren Trybunału. Doszło do przepychanek z protestującymi. Do demonstrantów wyszedł również Jarosław Kaczyński, który mówił odnosząc się do działań obecnej władzy jako o „barbarzyńskiej dziczy” i przedstawiał wydarzenia jako próbę siłowego podporządkowania TK obecnej większości parlamentarnej.
Wewnątrz budynku równie daleko było od normalnego funkcjonowania konstytucyjnego organu. Bogdan Święczkowski odmówił Berkowi dostępu do części sędziowskiej i zapowiedział, że nie dopuści go do orzekania do czasu uznania ślubowania przez Karola Nawrockiego. Według późniejszych relacji miało dojść również do fizycznego incydentu pomiędzy Święczkowskim a Berkiem.
Już sama sytuacja, w której prezes konstytucyjnego sądu osobiście blokuje dostęp sędziemu wybranemu przez parlament, pokazuje jednak skalę kryzysu. Polska ma obecnie nie tyle spór interpretacyjny, ile dwa konkurencyjne poglądy dotyczące tego, kto w ogóle jest uprawniony do wykonywania funkcji sędziego Trybunału.
Konstytucja zaczyna od Sejmu, nie od prezydenta
Najważniejszym przepisem jest art. 194 ust. 1 Konstytucji RP. Stanowi on, że Trybunał Konstytucyjny składa się z 15 sędziów „wybieranych indywidualnie przez Sejm na 9 lat spośród osób wyróżniających się wiedzą prawniczą”. Ponowny wybór jest niedopuszczalny.
Konstytucja nie mówi w tym miejscu ani jednego słowa o wyborze sędziego przez prezydenta, zatwierdzaniu sędziego przez prezydenta czy prezydenckim wecie wobec kandydata wskazanego przez Sejm.
To zasadnicza różnica w stosunku do sędziów sądów powszechnych, administracyjnych czy Sądu Najwyższego. W ich przypadku art. 179 Konstytucji wyraźnie stanowi, że sędziowie są powoływani przez prezydenta na wniosek Krajowej Rady Sądownictwa. W przypadku TK kompetencję kreacyjną otrzymał bezpośrednio Sejm.
Art. 7 Konstytucji jest ważniejszy, niż wynika z politycznych przemówień
Drugim fundamentalnym przepisem jest art. 7 Konstytucji: „Organy władzy publicznej działają na podstawie i w granicach prawa”. W prawie konstytucyjnym oznacza to zasadę legalizmu. Organ państwa nie może przyznać sobie kompetencji tylko dlatego, że uważa jej wykonywanie za potrzebne albo politycznie uzasadnione.
Prezydent rzeczywiście jest zgodnie z art. 126 ust. 2 Konstytucji organem czuwającym nad jej przestrzeganiem. Prawica chętnie zatrzymuje się na tym zdaniu. Problem pojawia się w ustępie następnym. Art. 126 ust. 3 mówi bowiem, że prezydent wykonuje swoje zadania „w zakresie i na zasadach określonych w Konstytucji i ustawach”.
Funkcja strażnika Konstytucji nie daje więc prezydentowi generalnego uprawnienia do weryfikowania wszystkich decyzji innych konstytucyjnych organów państwa. Gdyby tak było, prezydent stałby się organem nadrzędnym wobec Sejmu, czego polski model ustrojowy nie przewiduje.
Ślubowanie jest w ustawie, ale nie w Konstytucji
Obowiązek ślubowania wynika z art. 4 ustawy z 30 listopada 2016 roku o statusie sędziów Trybunału Konstytucyjnego. Zgodnie z nim osoba wybrana na stanowisko sędziego TK składa „wobec Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej” określoną rotę.
Art. 5 tej samej ustawy stanowi z kolei, że stosunek służbowy sędziego Trybunału nawiązuje się po złożeniu ślubowania, po czym sędzia ma niezwłocznie stawić się w TK, a prezes powinien przydzielić mu sprawy i stworzyć warunki umożliwiające wykonywanie obowiązków.
To właśnie literalne brzmienie tych przepisów jest najmocniejszym argumentem Pałacu Prezydenckiego i prawicowej opozycji. Ustawa rzeczywiście zakłada udział prezydenta w procedurze.
Jednocześnie ustawa nie odpowiada na pytanie, co dzieje się w sytuacji, gdy prezydent po prostu nie wykonuje swojej czynności. Nie przewiduje terminu ani procedury automatycznie uruchamianej po jego bezczynności. Powstaje zatem luka prowadząca do potencjalnie absurdalnego skutku: organ, któremu Konstytucja nie daje prawa wybierania sędziów TK, mógłby faktycznie zablokować wybór dokonany przez organ, któremu Konstytucja takie prawo daje.
Ten problem został rozstrzygnięty przez TK już w 2015 roku
To jedna z najważniejszych okoliczności całego dzisiejszego sporu. Nie jest bowiem tak, że obecna większość dopiero w 2026 roku wymyśliła teorię mówiącą, że prezydent nie może dowolnie blokować ślubowania.
3 grudnia 2015 roku Trybunał Konstytucyjny wydał wyrok w sprawie K 34/15. Stwierdził w nim, że przepis dotyczący ślubowania – gdyby był interpretowany inaczej niż jako nakładający na prezydenta obowiązek niezwłocznego odebrania ślubowania od sędziego wybranego przez Sejm – byłby niezgodny z art. 194 ust. 1 Konstytucji.
Trybunał powiedział więc wtedy właściwie to, co dzisiaj twierdzą zwolennicy dopuszczenia nowych sędziów do TK: prezydent nie jest drugim organem wyborczym.
Co więcej, w kolejnym wyroku – K 35/15 z 9 grudnia 2015 roku – Trybunał zakwestionował próbę takiego ukształtowania przepisów, która pozwalałaby wiązać początek kadencji sędziego z decyzją o odebraniu ślubowania. TK wskazywał, że oznaczałoby to pośrednie włączenie prezydenta w konstytucyjną procedurę wyboru, mimo że art. 194 ust. 1 przyznaje tę kompetencję Sejmowi.
Nie są to stanowiska Komisji Weneckiej, uchwały obecnego Sejmu ani opinie ministrów Donalda Tuska. To wyroki polskiego Trybunału Konstytucyjnego wydane w 2015 roku.
Czy prezydent może choć na chwilę wstrzymać ślubowanie?
Wyrok K 34/15 dopuszczał bardzo wąski wyjątek. Trybunał wskazał, że w sytuacji nadzwyczajnej, obiektywnej i jednoznacznej możliwe może być krótkotrwałe odroczenie przyjęcia ślubowania – na przykład wtedy, gdy pojawi się oczywista wątpliwość dotycząca zdolności konkretnej osoby do objęcia urzędu.
Nie jest to jednak kompetencja do politycznej kontroli kandydata. Takie odroczenie ma służyć wyjaśnieniu jednoznacznej przeszkody i może trwać tylko tak długo, jak jest racjonalnie konieczne. Nie może także prowadzić do skutku jeszcze bardziej sprzecznego z Konstytucją, na przykład paraliżu Trybunału.
To istotne w sprawie Macieja Berka, bo prezydent i politycy prawicy wskazują na wątpliwości dotyczące jego zawodowego stażu.
Zarzut dotyczący kwalifikacji Berka
Ustawa o statusie sędziów TK wymaga, aby kandydat spełniał warunki niezbędne do pełnienia urzędu sędziego Sądu Najwyższego. Art. 30 ustawy o Sądzie Najwyższym wymienia między innymi ukończenie 40 lat, nieskazitelny charakter, wyższe studia prawnicze, wysoki poziom wiedzy prawniczej oraz wymagany staż zawodowy.
Przepis dotyczący stażu mówi między innymi o co najmniej dziesięcioletnim wykonywaniu zawodu adwokata, radcy prawnego lub notariusza, przy czym poszczególne okresy wykonywania określonych zawodów i zajmowania stanowisk mogą być sumowane.
Podczas debaty sejmowej Sebastian Kaleta z PiS twierdził, że Berek nie wykonywał zawodu radcy prawnego przez wymagane dziesięć lat. Z drugiej strony Jarosław Urbaniak z KO wskazał na znajdujące się w dokumentacji sejmowej zaświadczenie Okręgowej Izby Radców Prawnych potwierdzające 17 lat wykonywania zawodu przez Berka.
Sam Berek jest doktorem nauk prawnych, był wieloletnim prezesem Rządowego Centrum Legislacji, sekretarzem Rady Ministrów, pracował w Kancelarii Senatu, Najwyższej Izbie Kontroli i innych instytucjach państwa, a także prowadzi działalność akademicką z zakresu prawa konstytucyjnego i legislacji.
Można więc prowadzić poważną dyskusję o jego politycznej niezależności. Znacznie trudniej na podstawie publicznie dostępnych dokumentów obronić kategoryczne twierdzenie, że jest człowiekiem bez wymaganych kwalifikacji prawniczych.

Komisja Wenecka: prezydent nie jest kontrolerem wyboru dokonanego przez Sejm
13 października opublikowana została opinia Komisji Weneckiej nr CDL-AD(2026)031. Dokument liczy ponad 20 stron i został przyjęty podczas 148. sesji plenarnej Komisji w dniach 9–10 października.
Nie jest to polska ustawa. Nie jest to źródło powszechnie obowiązującego prawa wymienione w art. 87 Konstytucji. W tym jednym punkcie Zbigniew Bogucki z Kancelarii Prezydenta ma formalnie rację, gdy przypomina, że opinia Komisji Weneckiej nie może sama stworzyć w Polsce nowej normy prawnej.
Ale na tym kończy się trafność argumentu, że skoro opinia nie jest ustawą, to można ją po prostu zignorować. Komisja Wenecka nie twierdzi bowiem, że zastępuje polskie prawo. Analizuje polską Konstytucję, ustawy, dotychczasowe polskie orzecznictwo oraz standardy wynikające z europejskiego systemu ochrony praworządności.
Dochodzi tym samym do jednoznacznego wniosku: konstytucyjna kompetencja wyboru sędziów TK należy do Sejmu, a udział prezydenta w ślubowaniu ma przede wszystkim charakter ceremonialny. Nie daje mu prawa do badania zasadności wyboru ani do ponownego przeprowadzania kontroli procedury parlamentarnej.
Komisja Wenecka idzie jeszcze dalej: dopuszcza ślubowanie bez fizycznej obecności prezydenta
Najważniejszy dla dzisiejszej sytuacji jest punkt 84 opinii. Komisja uznała, że jeżeli prezydent przez nieuzasadniony okres nie przyjmuje ślubowania od sędziego wybranego przez Sejm, obowiązek może zostać wykonany bez jego fizycznej obecności.
Komisja postawiła jednak warunki. Ślubowanie powinno mieć przewidzianą prawem treść, jego złożenie musi być formalnie potwierdzone, powinno być skierowane do prezydenta, a dokument następnie przekazany głowie państwa.
To bardzo ważne rozróżnienie. Komisja nie mówi: „Sejm może przejąć kompetencję prezydenta i sam odebrać ślubowanie”. Mówi coś innego: prezydent nie może przez własną bezczynność sprawić, że konstytucyjny wybór dokonany przez Sejm nigdy nie wywoła skutków.
Takie rozwiązanie odbiega od najbardziej literalnego odczytania ustawy, co sama Komisja otwarcie przyznaje. Uważa jednak, że w wyjątkowej sytuacji bardziej zgodne z Konstytucją jest odstąpienie od fizycznej obecności prezydenta niż pozwolenie, aby ceremonialna czynność sparaliżowała konstytucyjną kompetencję Sejmu i funkcjonowanie TK.
To nie jest opinia napisana tylko z argumentów obecnego rządu
Warto odnotować jeszcze jeden szczegół. Autorzy opinii Komisji Weneckiej spotykali się nie tylko z Ministerstwem Sprawiedliwości i przedstawicielami parlamentarnej większości. Rozmawiali także z przedstawicielami Kancelarii Prezydenta, opozycji, obecnego Trybunału Konstytucyjnego, Rzecznika Praw Obywatelskich, środowisk sędziowskich i organizacji społecznych.
2015 rok. Błąd PO nie usprawiedliwia tego, co zrobiło później PiS
W tym miejscu trzeba wrócić do początku kryzysu. 8 października 2015 roku, pod koniec kadencji Sejmu kontrolowanego przez PO i PSL, wybrano pięciu sędziów Trybunału Konstytucyjnego. Był w tym poważny problem: trzech miało zastąpić sędziów, których kadencje wygasały jeszcze podczas kadencji tego Sejmu, ale dwóch miało wejść na miejsca zwalniane dopiero w grudniu, już podczas kadencji kolejnego parlamentu.
Trybunał później jasno rozdzielił te sytuacje. W wyroku K 34/15 uznał podstawę wyboru pierwszej trójki za zgodną z Konstytucją, natomiast podstawę wyboru dwóch kolejnych – za niekonstytucyjną.
Tym samym ówczesna większość PO–PSL próbowała obsadzić dwa stanowiska, do których wyboru nie była uprawniona. Był to błąd i nie ma powodu go relatywizować. Ale równie nieuczciwe jest zatrzymanie historii właśnie w tym momencie i stworzenie narracji, według której PiS jedynie „naprawił” wcześniejsze bezprawie.
PiS nie naprawił dwóch wadliwych wyborów. Unieważnił politycznie wszystkich pięciu
Po przejęciu władzy nowa większość PiS nie ograniczyła się do zakwestionowania dwóch wyborów dokonanych na przyszłe wakaty. Sejm podjął uchwały stwierdzające brak mocy prawnej wszystkich pięciu wcześniejszych uchwał i 2 grudnia wybrał pięć nowych osób.
Byli to Henryk Cioch, Lech Morawski, Mariusz Muszyński, Julia Przyłębska i Piotr Pszczółkowski.
Trzy pierwsze nazwiska są kluczowe. Dotyczyły stanowisk, które – jak następnego dnia potwierdził TK – zostały już prawidłowo obsadzone przez poprzedni Sejm.
Innymi słowy, PiS wykorzystał rzeczywisty błąd poprzedników dotyczący dwóch stanowisk jako polityczne uzasadnienie do zakwestionowania także trzech wyborów, które później polski Trybunał uznał za zgodne z Konstytucją.
To jest zasadnicza różnica między „naprawą błędu” a przejęciem kontroli nad procesem obsadzania Trybunału.
Ślubowanie w środku nocy – i to jeszcze przed wyrokiem TK
Sekwencja wydarzeń z grudnia 2015 roku jest szczególnie trudna do pogodzenia z dzisiejszą narracją PiS o świętości procedury ślubowania.
2 grudnia Sejm wybrał pięciu kandydatów. Już w nocy z 2 na 3 grudnia prezydent Andrzej Duda odebrał ślubowanie od czterech z nich. Tymczasem na godzinę 9 rano 3 grudnia wyznaczona była rozprawa Trybunału, która dotyczyła właśnie konstytucyjności wcześniejszego wyboru sędziów.
Trybunał tego samego dnia stwierdził, że trzech sędziów wybranych przez wcześniejszy Sejm zostało wybranych prawidłowo. Prezydent mimo to nie odebrał od nich ślubowania.
To dlatego dzisiejsze zapewnienia PiS, że jedynie literalne i uroczyste przestrzeganie procedury chroni Trybunał, brzmią wyjątkowo niewiarygodnie. Dziesięć lat temu własny prezydent tej formacji odebrał ślubowanie od konkurencyjnych kandydatów praktycznie natychmiast, przed rozstrzygnięciem sporu przez TK, a później nie wykonał obowiązku wobec osób, których prawidłowy wybór Trybunał potwierdził.
„Dublerzy” nie są politycznym epitetem wymyślonym przez przeciwników PiS
Henryk Cioch, Lech Morawski i Mariusz Muszyński zostali wybrani przez Sejm VIII kadencji na miejsca, które były już obsadzone prawidłowo wybranymi osobami.
Ten problem nie pozostał jedynie elementem polskiej politycznej awantury. Trafił także przed Europejski Trybunał Praw Człowieka.
W wyroku w sprawie Xero Flor przeciwko Polsce z 7 maja 2021 roku ETPC stwierdził naruszenie prawa do sądu ustanowionego ustawą w związku z udziałem w składzie TK osoby wybranej z poważnym naruszeniem zasad wyboru. Trybunał w Strasburgu odniósł się również do sekwencji zdarzeń z 2015 roku, wskazując na sprzeczne z prawem działania i zaniechania dotyczące procedury obsady stanowisk.
Potem przyszło obsadzanie TK ludźmi związanymi z PiS
Kryzys z 2015 roku był dopiero początkiem. W kolejnych latach parlamentarna większość PiS systematycznie obsadzała zwalniające się miejsca własnymi kandydatami. Sam fakt, że większość parlamentarna wybiera kandydatów, których uważa za odpowiednich, nie jest oczywiście niezgodny z Konstytucją – tak skonstruowano polski model.
Problem polegał na czym innym: partia, która dzisiaj przedstawia Macieja Berka jako niedopuszczalnego „polityka Tuska”, sama nie miała podobnych zahamowań wobec ludzi bezpośrednio związanych z własnym środowiskiem politycznym.
Krystyna Pawłowicz: z ław poselskich PiS do Trybunału
W listopadzie 2019 roku większość sejmowa wybrała na sędziego TK Krystynę Pawłowicz. Była ona wcześniej przez dwie kadencje posłanką Prawa i Sprawiedliwości i jedną z najbardziej rozpoznawalnych postaci tego obozu politycznego.
Jej kandydaturę poparło 230 posłów. Wszystkie głosy klubu PiS oddane w tym głosowaniu były głosami za. Kluby opozycyjne głosowały przeciw.
Formalnie jej wybór dotyczył legalnie powstałego wakatu, więc należy odróżnić tę sytuację od problemu „dublerów”. Politycznie jednak trudno znaleźć bardziej obrazowy przykład przejścia ze świata partyjnej polityki bezpośrednio do organu, który ma bezstronnie oceniać prawo stanowione przez polityków.
Stanisław Piotrowicz: przewodniczący komisji z ramienia PiS został sędzią TK
Tego samego dnia sędzią TK został Stanisław Piotrowicz – wieloletni poseł PiS i przewodniczący sejmowej Komisji Sprawiedliwości i Praw Człowieka w czasie najbardziej gwałtownych zmian w wymiarze sprawiedliwości.
Jego kandydaturę również poparło 230 posłów. Piotrowicz znalazł się w Trybunale po zakończeniu parlamentarnej kariery w klubie, który przez poprzednie lata przeprowadzał głębokie zmiany w systemie sądownictwa.
Dlatego gdy dzisiaj politycy PiS podnoszą argument, że wcześniejsza działalność polityczna Berka sama w sobie czyni go niezdolnym do niezależnego orzekania, należy zapytać: dlaczego ta sama zasada nie obowiązywała w 2019 roku?
Bogdan Święczkowski: z kierownictwa resortu Ziobry i Prokuratury Krajowej na szczyt TK
Jeszcze bardziej wymowne jest dzisiejsze położenie Bogdana Święczkowskiego – człowieka, który obecnie jako prezes TK decyduje, że Maciej Berek jest zbyt wadliwie umocowany, aby dopuścić go do wykonywania obowiązków.

Święczkowski był podsekretarzem stanu w Ministerstwie Sprawiedliwości, następnie Prokuratorem Krajowym i pierwszym zastępcą Prokuratora Generalnego Zbigniewa Ziobry. W 2022 roku większość PiS wybrała go na sędziego TK. Kandydatura została przyjęta 233 głosami przy 219 głosach przeciwnych. Klub PiS poparł go praktycznie jednomyślnie.
W grudniu 2024 roku prezydent Andrzej Duda powołał Święczkowskiego na stanowisko prezesa Trybunału Konstytucyjnego.
PiS próbuje obecnie stworzyć standard, którego sam nigdy wobec własnych kandydatów nie stosował.
Berek jest problemem wizerunkowym również dla obecnej większości
To nie znaczy, że wybór Macieja Berka należy przyjąć bez krytyki. Wręcz przeciwnie. Jeżeli obecna większość przez lata przekonywała, że chce odbudować niezależny, odpartyjniony Trybunał, wybór człowieka, który jeszcze niedawno był ministrem w rządzie Donalda Tuska, jest decyzją co najmniej ryzykowną.
Berek posiada znacznie bardziej rozbudowane doświadczenie legislacyjne i konstytucyjne niż przeciętny polityk. Przez wiele lat pracował także dla państwa w okresach rządów różnych większości. Nie zmienia to faktu, że w chwili zgłoszenia kandydatury był jednoznacznie identyfikowany z obecnym rządem.
Jeżeli celem było odbudowanie społecznego przekonania, że TK nie jest przedłużeniem większości parlamentarnej, można było wybrać kandydata o równie wysokich kwalifikacjach, ale bez tak świeżej funkcji politycznej.
Obecna większość powinna więc przyjąć tę krytykę zamiast udawać, że problem nie istnieje.
Ale „Berek jest politykiem” nie rozwiązuje prawnego problemu ślubowania
To są jednak dwie oddzielne kwestie. Można uważać nominację Berka za politycznie niefortunną, a jednocześnie uznać, że prezydent nie ma konstytucyjnego prawa do trwałego blokowania osoby wybranej przez Sejm.
Prawo nie przewiduje procedury, w której kandydat zostaje prawidłowo zgłoszony, przechodzi przez komisję, zostaje wybrany przez Sejm, a następnie prezydent przeprowadza własne quasi-postępowanie kwalifikacyjne i podejmuje decyzję, czy wybór parlamentu mu odpowiada.
Najciekawsza sprzeczność w argumentacji Pałacu Prezydenckiego
Zbigniew Bogucki zwraca uwagę, że zgodnie z art. 87 Konstytucji opinia Komisji Weneckiej nie jest źródłem powszechnie obowiązującego prawa. To prawda.
Jednocześnie argument Pałacu pomija fakt, że stanowisko Komisji w sprawie braku prezydenckiego prawa weta nie powstało w próżni. Jest zgodne z kierunkiem polskiego wyroku K 34/15 i z późniejszym rozstrzygnięciem ETPC w sprawie Xero Flor.
Można więc odrzucić Komisję Wenecką jako niewiążące źródło. Znacznie trudniej wyjaśnić, dlaczego należałoby równocześnie zignorować polski wyrok TK mówiący o obowiązku niezwłocznego odebrania ślubowania.
Prezydent sam skierował sprawę do Trybunału
Spór ma jeszcze jeden wymiar. Już 27 kwietnia 2026 roku prezydent wystąpił do TK o rozstrzygnięcie sporu kompetencyjnego dotyczącego kwietniowego ślubowania czworga sędziów.
Prezydent chce między innymi odpowiedzi na pytanie, czy jego kompetencja do odebrania ślubowania ma charakter wyłączny oraz czy Sejm może organizować czynności, które w praktyce zastępują osobiste spotkanie sędziego z głową państwa.
Sprawa o sygnaturze Kpt 1/26 pozostaje elementem obecnego konfliktu.
Problem jest jednak niemal podręcznikowy: organ, którego obecny skład i funkcjonowanie są jednym z przedmiotów kryzysu konstytucyjnego, miałby rozstrzygnąć spór dotyczący osób, które mogą zmienić układ sił wewnątrz tego samego organu. Każde rozstrzygnięcie będzie więc obciążone ogromnym konfliktem politycznym i problemem społecznego zaufania.
Święczkowski nie ma w ustawie funkcji „drugiego prezydenta”
Art. 5 ustawy o statusie sędziów TK mówi, że po złożeniu ślubowania sędzia stawia się w Trybunale, a prezes przydziela mu sprawy i tworzy warunki umożliwiające wykonywanie obowiązków.
Przepis nie mówi natomiast, że prezes TK prowadzi własne postępowanie dotyczące ważności wyboru sędziego przez Sejm. Święczkowski opiera swoją odmowę na założeniu, że ślubowanie bez fizycznej obecności prezydenta w ogóle nie zostało skutecznie złożone.
Jeżeli przyjąć tę przesłankę, jego decyzja jest konsekwencją literalnego odczytania ustawy. Jeżeli jednak przyjąć wykładnię K 34/15 oraz Komisji Weneckiej, sytuacja wygląda odwrotnie: ślubowanie jest skuteczne, a prezes TK przez brak przydzielenia spraw sam blokuje sędziego, którego stosunek służbowy już powstał.
I właśnie dlatego nie ma dziś prostego mechanizmu administracyjnego, który jednym podpisem zakończy ten spór.
PiS jako obrońca „apolitycznego Trybunału” ma wyjątkowo słabą wiarygodność
Najmocniejszy polityczny paradoks dzisiejszego dnia polega na tym, że Prawo i Sprawiedliwość usiłuje występować jako formacja broniąca niezależnego Trybunału Konstytucyjnego przed politykami.
To partia, która w 2015 roku wybrała trzy osoby na stanowiska zajęte już przez prawidłowo wybranych sędziów. To prezydent wywodzący się z tego obozu nie odebrał ślubowania od prawidłowo wybranej trójki. To większość PiS wprowadziła później do TK swoich byłych parlamentarzystów. To większość PiS wybrała Bogdana Święczkowskiego niedługo po tym, jak pełnił jedną z najważniejszych funkcji w prokuraturze podporządkowanej ministrowi sprawiedliwości Zbigniewowi Ziobrze.
Można krytykować Berka. Można krytykować sposób dzisiejszego ślubowania. Można nawet uważać najnowszą interpretację Komisji Weneckiej za zbyt daleko idącą. Ale PiS nie może wiarygodnie opowiadać historii, w której samo było przez dziesięć lat neutralnym strażnikiem niezależności Trybunału.
Historia dokumentów i orzeczeń jest tutaj zbyt dobrze zachowana.
Czy obecna władza robi więc „dokładnie to samo”?
Nie. Ale odpowiedź wymaga dopowiedzenia.
| Problem | PiS po 2015 r. | Obecna większość |
|---|---|---|
| Obsadzanie zajętych miejsc | Wybrano trzy osoby na miejsca wcześniej prawidłowo obsadzone | Nowych sędziów wybierano na powstające wakaty |
| Politycy jako sędziowie | Pawłowicz, Piotrowicz oraz wcześniej związany z władzą Święczkowski | Maciej Berek – niedawny minister rządu Tuska |
| Rola prezydenta | Andrzej Duda odmówił odebrania ślubowania od prawidłowo wybranej trójki | Karol Nawrocki odmawia lub odwleka ślubowanie części sędziów wybranych przez Sejm |
| Podstawa prawna obecnego działania | Działania z 2015 r. weszły w konflikt z późniejszymi wyrokami K 34/15 i K 35/15 | Alternatywne ślubowanie opiera się na wykładni Konstytucji, K 34/15 i stanowisku Komisji Weneckiej, ale odchodzi od literalnego modelu ustawowego |
| Największy problem | Wadliwe obsadzenie części składu i głęboka utrata zaufania do TK | Ryzyko utrwalenia zasady, że każda większość polityczna „naprawia” TK własnymi metodami |
Zrównanie tych sytuacji zaciera istotną różnicę. Dzisiejszy Sejm nie wybiera Berka na stanowisko, na którym zasiada już legalnie wybrany sędzia. Spór dotyczy sposobu uruchomienia skutków prawidłowo przeprowadzonego wyboru parlamentarnego.
Jednocześnie wybór byłego ministra na sędziego organu kontrolującego władzę pozostaje słabym symbolem dla formacji deklarującej odpolitycznienie państwa.
Dlaczego nie da się po prostu „wyrzucić wszystkich sędziów PiS”
To także ważny element dyskusji o przyszłości TK. Krytycy Trybunału czasami postulują pełne wyzerowanie jego składu i wybór nowych 15 sędziów. Z punktu widzenia zasad państwa prawa takie rozwiązanie jest jednak niezwykle ryzykowne.
Komisja Wenecka w opinii z grudnia 2024 roku zwracała uwagę, że choć kryzys TK jest realny, większość ówczesnych sędziów została wybrana na legalnie powstałe wakaty. Zasada nieusuwalności sędziego podczas jego kadencji jest jednym z fundamentów niezależności sądu konstytucyjnego.
Gdyby każda nowa większość parlamentarna mogła uznać cały zastany skład za niewłaściwy i wymienić go na własny, Trybunał przestałby być instytucją trwałą. Stałby się kolejnym organem zmieniającym skład razem z rządem.
Naprawa błędu nie może powtarzać mechanizmu, który był przyczyną błędu.
Najbardziej realna odbudowa TK odbywa się więc przez upływ kadencji
Konstytucyjna kadencja sędziego TK trwa dziewięć lat i nie może zostać powtórzona. To powoduje, że skład instytucji naturalnie zmienia się z czasem.
Kadencja Wojciecha Sycha kończy się w 2028 roku. W tym samym roku kończą się kadencje Stanisława Piotrowicza i Jakuba Steliny. W 2029 roku wygasają kadencje Rafała Wojciechowskiego i Bartłomieja Sochańskiego. Kadencja Bogdana Święczkowskiego jako sędziego ma trwać do 2031 roku.
Z kolei sędziowie wybierani w 2026 roku otrzymują dziewięcioletnie kadencje sięgające połowy następnej dekady.
Oznacza to, że polityczna przyszłość Trybunału wcale nie jest przesądzona. Będzie zależała również od tego, kto będzie rządził Polską w momencie powstawania kolejnych wakatów.
Co się stanie, jeśli prawica ponownie przejmie władzę
To scenariusz, którego nie można traktować jako czysto teoretycznego. Jeżeli w przyszłych wyborach większość parlamentarną odzyska PiS lub szerszy prawicowy blok, nowa władza odziedziczy Trybunał, w którym znaczną część składu będą już stanowiły osoby wybrane przez obecny Sejm.
I właśnie wtedy okaże się, czy Polska odbudowała instytucję, czy jedynie rozpoczęła nową rundę wojny o jej kontrolę.
Scenariusz pierwszy: prawica respektuje dziewięcioletnie kadencje
Najbardziej zgodnym z Konstytucją rozwiązaniem byłoby pozostawienie urzędujących sędziów na stanowiskach i obsadzanie jedynie kolejnych wakatów.
Nowa prawicowa większość mogłaby więc stopniowo odzyskiwać wpływ na skład wraz z końcem kolejnych kadencji. Byłby to model politycznie frustrujący dla zwycięzców wyborów, ale właśnie po to istnieją kadencje organów konstytucyjnych – żeby wybory parlamentarne nie oznaczały automatycznej wymiany wszystkich instytucji państwa.
Scenariusz drugi: zakwestionowanie Berka i sędziów ślubujących bez Nawrockiego
Znacznie bardziej prawdopodobnym źródłem przyszłego konfliktu może być status osób, których ślubowania Karol Nawrocki nie odebrał osobiście.
Jeżeli prawica ponownie przejmie Sejm, może próbować przyjąć wykładnię, zgodnie z którą alternatywne ślubowania z 2026 roku nigdy nie wywołały skutków prawnych. Wówczas pojawiłaby się pokusa potraktowania ich stanowisk jako nieobsadzonych.
Byłoby to jednak otwarcie kolejnej puszki Pandory. Mielibyśmy wtedy osoby uznawane przez jedną część państwa za sędziów od 2026 roku oraz przez inną część państwa za osoby, które nigdy nie objęły urzędu.
Każdy wyrok wydany z ich udziałem stałby się potencjalnym przedmiotem kolejnych sporów. Polska mogłaby ponownie znaleźć się przed ETPC z problemem sądu „ustanowionego ustawą”, dokładnie tak jak po wydarzeniach z 2015 roku.
Scenariusz trzeci: kolejny „reset” Trybunału
Mateusz Morawiecki mówi dziś o potrzebie „konstytucyjnego resetu”. W teorii byłoby to rozwiązanie najbardziej trwałe, jeśli oznaczałoby ponadpartyjne porozumienie dotyczące nowych zasad wyboru sędziów, na przykład wymagających kwalifikowanej większości parlamentarnej.
W praktyce konstytucyjny reset wymagałby jednak bardzo szerokiego poparcia. Zgodnie z art. 235 Konstytucji jej zmiana wymaga co najmniej dwóch trzecich głosów w Sejmie przy obecności co najmniej połowy posłów oraz bezwzględnej większości w Senacie.
Rozdział dotyczący Trybunału Konstytucyjnego znajduje się poza rozdziałami I, II i XII, dla których możliwe jest dodatkowe referendum zatwierdzające. Sama zmiana zasad TK wymagałaby więc przede wszystkim rzeczywistego porozumienia parlamentarnego.
Paradoks polega na tym, że takie porozumienie byłoby prawdopodobnie najlepszym wyjściem z kryzysu – i jednocześnie politycznie jednym z najmniej prawdopodobnych.
Najgorszy scenariusz: każda władza tworzy własny Trybunał
Największym zagrożeniem nie jest nawet to, czy w obecnym składzie TK przewagę będą mieli prawnicy wybrani przez KO czy wcześniej przez PiS.
Największym zagrożeniem jest przyjęcie jako normalnej zasady, że po każdej zmianie władzy nowa większość może uznać poprzedni Trybunał za nielegalny, znaleźć własną konstrukcję prawną i rozpocząć proces jego ponownego przejmowania.
Państwo prawa nie może funkcjonować w modelu „nasz Trybunał kontra wasz Trybunał”. Obywatel ma wiedzieć, czy przepis obowiązuje, czy nie; czy sędzia jest sędzią, czy nie; i czy wyrok konstytucyjnego sądu jest ostateczny, zgodnie z art. 190 Konstytucji.
Jeżeli odpowiedź na te pytania będzie zależała od tego, kto aktualnie ma większość w Sejmie, Trybunał przestaje spełniać swoją podstawową funkcję.
Dzisiejszy spór jest skutkiem decyzji sprzed dekady
To właśnie dlatego nie zgadzam się z narracją PiS, według której obecny chaos jest wyłącznie rezultatem działań rządu Donalda Tuska. Dzisiejsza większość popełnia własne błędy i powinna ponosić za nie polityczną odpowiedzialność. Wybór niedawnego ministra na sędziego TK nie pomaga w odbudowie społecznego zaufania do tej instytucji.
Ale obecna sytuacja nie powstała po ostatnich wyborach parlamentarnych.
To w 2015 roku większość PiS zakwestionowała również tych sędziów, których poprzedni Sejm wybrał prawidłowo. To Andrzej Duda odmówił odebrania od nich ślubowania. To PiS wprowadził do TK trzy osoby na zajęte stanowiska. To później Europejski Trybunał Praw Człowieka stwierdził poważne nieprawidłowości związane ze składem Trybunału.
I to właśnie dlatego politycy tej partii mają dziś bardzo ograniczoną wiarygodność, gdy przedstawiają siebie jako bezinteresownych obrońców apolitycznego sądu konstytucyjnego.
PiS ma jednak prawo zadawać pytania o Berka
Ostra krytyka historii PiS nie oznacza, że każdy argument obecnej opozycji należy automatycznie odrzucić.
Pytanie o niezależność byłego ministra jest zasadne. Pytanie o zgodność alternatywnej formy ślubowania z literalnym brzmieniem ustawy również jest zasadne. Pytanie o granice działań większości parlamentarnej w procesie odbudowy praworządności także jest potrzebne.
Demokracja nie polega na zamianie jednej partyjnej ortodoksji na drugą.
Problem zaczyna się wtedy, kiedy PiS przedstawia te pytania tak, jakby własna historia z Trybunałem nie istniała. Nie można jednego dnia potępiać „polityka Tuska” w TK, a jednocześnie nie pamiętać o Pawłowicz, Piotrowiczu i Święczkowskim. Nie można przedstawiać osobistej obecności prezydenta podczas ślubowania jako nienaruszalnej świętości ustrojowej i zapominać, że w 2015 roku prezydent wykorzystał właśnie ślubowanie do uniemożliwienia objęcia funkcji osobom prawidłowo wybranym przez Sejm.
Nie mam problemu z przyznaniem, że wybór Macieja Berka jest politycznie dyskusyjny. Jeżeli przez lata krytykowaliśmy PiS za wysyłanie do Trybunału ludzi bezpośrednio związanych z własną partią i władzą, powinniśmy mieć odwagę powiedzieć, że niedawny minister rządu Donalda Tuska również nie jest idealnym symbolem odpartyjnienia TK.
Nie zgadzam się jednak na pisanie historii od nowa. Dzisiejszy PiS przedstawia się jako obrońca Trybunału przed politykami, choć wcześniej sam wysłał do niego swoich byłych posłów i jednego z najważniejszych ludzi aparatu prokuratorskiego Zbigniewa Ziobry. Jeszcze poważniejsze jest to, że kryzys zaczął się od wybrania przez większość PiS trzech osób na miejsca, które – zgodnie z wyrokiem polskiego TK – zostały wcześniej obsadzone prawidłowo.
Prawo nie może działać tak, że wyboru dokonanego przez Sejm dokonuje się ponownie w Pałacu Prezydenckim. Jeżeli Konstytucja chciałaby przyznać prezydentowi prawo zatwierdzania sędziów TK, po prostu by to zrobiła. Nie zrobiła.
Najważniejsze będzie jednak to, co stanie się później. Odbudowany Trybunał nie może stać się „naszym Trybunałem”. Jeżeli ma odzyskać społeczną wiarygodność, obecna większość musi stosować wobec siebie standardy wyższe niż te, które słusznie krytykowała u PiS. Inaczej za kilka lat kolejna władza znajdzie własny pretekst do następnego „resetu” i będziemy zaczynali cały kryzys od początku.
Łukasz Ptak
Co dzisiejsze wydarzenia oznaczają w praktyce
Po 14 października sytuacja jest bardziej klarowna prawnie, ale bardziej konfliktowa faktycznie.
Berek uważa, że wykonał obowiązek wynikający z art. 4 ustawy i powinien rozpocząć wykonywanie obowiązków. Komisja Wenecka uznała dzień wcześniej procedurę tego rodzaju za dopuszczalną w sytuacji nieuzasadnionej bezczynności prezydenta. Bogdan Święczkowski uważa przeciwnie i odmawia przydzielenia Berkowi spraw. Pałac Prezydencki nie uznaje takiego ślubowania. Spór kompetencyjny pozostaje przed TK.
Nie istnieje więc dziś jeden magiczny dokument, po którego pokazaniu wszyscy uczestnicy konfliktu powiedzą: „sprawa rozwiązana”.
Istnieje natomiast coraz mocniejszy zestaw argumentów przemawiających za tym, że prezydent nie może przekształcić przewidzianego ustawą ślubowania w osobiste prawo weta wobec sędziego wybranego przez Sejm. Tak mówi logika art. 194 Konstytucji, podobny kierunek przyjął polski TK w 2015 roku, potwierdzają go ustalenia ETPC dotyczące wydarzeń z 2015 roku, a teraz bardzo wyraźnie wypowiedziała się w tym kierunku Komisja Wenecka.
Najbardziej literalne brzmienie ustawy nadal pozostawia jednak przestrzeń dla sporu dotyczącego formy samego ślubowania. Dlatego docelowym rozwiązaniem powinno być jednoznaczne zapisanie mechanizmu antyblokującego – terminu dla prezydenta oraz procedury zastępczej, gdyby głowa państwa nie wykonała obowiązku.
Trybunał potrzebuje już nie kolejnego zwycięzcy, lecz końca wojny
Dzisiejszy obraz – protestujący pod bramą, policyjne zabezpieczenia, sędziowie próbujący wejść do własnej instytucji i prezes blokujący im dostęp do pomieszczeń – jest właściwie symbolem tego, co polska polityka zrobiła z Trybunałem Konstytucyjnym przez ostatnią dekadę.
TK miał być organem stojącym ponad bieżącym konfliktem większości z opozycją. Stał się jednym z jego najważniejszych pól bitewnych.
Odpowiedzialność za ten stan nie rozkłada się równo. Błędem poprzedniej większości PO–PSL była próba wyboru dwóch sędziów na przyszłe wakaty. PiS odpowiedział jednak nie korektą tych dwóch wyborów, lecz zakwestionowaniem wszystkich pięciu, obsadzeniem trzech zajętych miejsc, odmową wykonania konstytucyjnego obowiązku wobec prawidłowo wybranych sędziów i późniejszą głęboką polityzacją personalną Trybunału.
Dzisiejsza większość próbuje ten układ odwrócić, ale sama musi uważać, żeby odbudowy praworządności nie zamienić w odbudowę politycznej kontroli pod innym szyldem.
Bo prawdziwym testem nie będzie to, czy Maciej Berek wygra spór z Bogdanem Święczkowskim.
Prawdziwym testem będzie moment, w którym Trybunał obsadzony również przez dzisiejszą większość wyda orzeczenie niekorzystne dla tej większości – i rząd je zaakceptuje.
Dopiero wtedy będzie można powiedzieć, że Trybunał rzeczywiście został odzyskany przez państwo, a nie tylko przez kolejny obóz polityczny.
Źródła
Konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej – oficjalny tekst w serwisie Senatu RP
Ustawa z 30 listopada 2016 r. o statusie sędziów Trybunału Konstytucyjnego – ELI
Ustawa z 8 grudnia 2017 r. o Sądzie Najwyższym – wymagania dla kandydatów
Sejm RP – kandydatura i wybór Macieja Berka na sędziego TK
Sejm RP – zestawienie stanowisk i kadencji sędziów Trybunału Konstytucyjnego
Komisja Wenecka – opinia CDL-AD(2026)031 z 13 października 2026 r. dotycząca ślubowania sędziów TK
Komisja Wenecka – opinia CDL-AD(2024)035 dotycząca reformy Trybunału Konstytucyjnego
Trybunał Konstytucyjny – wyrok K 34/15 z 3 grudnia 2015 r.
Trybunał Konstytucyjny – wyrok K 35/15 z 9 grudnia 2015 r.
Europejski Trybunał Praw Człowieka – Xero Flor w Polsce sp. z o.o. przeciwko Polsce
Prezydent RP – wniosek o rozstrzygnięcie sporu kompetencyjnego dotyczącego ślubowania sędziów TK
Trybunał Konstytucyjny – sprawa Kpt 1/26
Sejm RP – wybór Krystyny Pawłowicz na sędziego TK
Sejm RP – wybór Stanisława Piotrowicza na sędziego TK
Sejm RP – wybór Bogdana Święczkowskiego na sędziego TK
Trybunał Konstytucyjny – biogram Bogdana Święczkowskiego
Onet – przebieg wydarzeń z 14 października 2026 r. w Sejmie i przed TK
Wirtualna Polska – stanowisko Bogdana Święczkowskiego po wejściu Berka do TK
Wirtualna Polska – stanowisko Kancelarii Prezydenta po ślubowaniu Berka
