Połowa rodziców w Polsce publikuje w internecie zdjęcia, filmy lub informacje dotyczące swoich dzieci. Jednocześnie 92 proc. młodych ludzi uważa, że powinno mieć wpływ na decyzję o publikacji własnego wizerunku. Ta różnica dobrze pokazuje, dlaczego sharenting przestał być wyłącznie tematem obyczajowym. To problem prywatności, bezpieczeństwa, relacji rodzinnych, przemocy rówieśniczej, kradzieży tożsamości, a w skrajnych przypadkach także przestępstw seksualnych wobec dzieci.
Właśnie temu poświęcona jest nowa ogólnopolska kampania „Status: Udostępnione”, przygotowana przez T-Mobile Polska we współpracy z Komendą Główną Policji i UNICEF Polska. Jej główne przesłanie jest proste: zanim rodzic kliknie „udostępnij”, powinien zastanowić się nie tylko nad własną intencją, ale przede wszystkim nad tym, jakie konsekwencje publikacja może mieć dla dziecka dziś, za kilka lat i w chwili, gdy materiał znajdzie się już poza kontrolą rodziny.
„Status: Udostępnione”. Kampania zaczyna od niewygodnych danych
Kampania ruszyła pod koniec września 2026 roku. W jej ramach powstały ogólnopolski raport dotyczący skali sharentingu, spot społeczny, poradniki dla rodziców i materiały edukacyjne dla uczniów. Biuro Prewencji Komendy Głównej Policji zaangażowało w działania funkcjonariuszy z całego kraju. Według danych kampanii przeszkolono policjantów z 343 komend powiatowych, miejskich i rejonowych we wszystkich 16 województwach. Mają oni prowadzić spotkania dla rodziców oraz uczniów klas 6–8 szkół podstawowych.
Autorzy nie zaczynają jednak od najbardziej drastycznych scenariuszy, ale od codziennego zachowania, które dla wielu rodzin stało się normalne. Z raportu T-Mobile wynika, że połowa badanych rodziców w ciągu ostatniego roku publikowała w sieci treści dotyczące swoich dzieci. Najczęściej nie chodziło o zasięgi czy pieniądze. Połowa rodziców chciała w ten sposób zachowywać wspomnienia, 47 proc. dzielić się ważnymi chwilami z bliskimi, a tylko 9 proc. wskazywało zwiększanie zasięgów profilu.
To ważne, bo pokazuje sedno problemu: sharenting najczęściej nie wynika ze złej woli. Źródłem ryzyka jest raczej przekonanie, że zdjęcie opublikowane z dobrą intencją pozostanie dokładnie tym, czym miało być – rodzinną pamiątką. Internet nie daje jednak takiej gwarancji.
Badanie wykorzystane w kampanii przeprowadzono w lipcu 2026 roku na grupie 800 rodziców i 600 nastolatków w wieku 12–19 lat. Wyniki opisują deklaracje badanych, a więc nie są bezpośrednim pomiarem liczby wszystkich szkód powodowanych przez sharenting. Pokazują jednak bardzo wyraźną różnicę między tym, jak publikacje oceniają dorośli, a jak odbierają je młodzi ludzie.
Rodzice mówią, że warto pytać. Dzieci mówią, że chcą mieć głos. Praktyka wygląda inaczej
Aż 92 proc. badanych młodych ludzi uważa, że powinno mieć wpływ na decyzję rodziców/opiekunów o publikowaniu zdjęć na których się znajdują. Co ciekawe, rodzice w zdecydowanej większości się z tym zgadzają – 79 proc. uważa, że dziecko należy zapytać o zgodę. Problem pojawia się przy pytaniu o praktykę: tylko 34 proc. rodziców deklaruje, że robi to często lub zawsze.
Ta luka jest być może ważniejsza niż sama liczba zdjęć. Rodzic może traktować publikację jako element własnej aktywności w mediach społecznościowych. Dla dziecka jest to jednak tworzenie jego publicznej historii – często zanim jest ono w stanie samodzielnie zdecydować, jak chce być przedstawiane w internecie.
W całej badanej grupie co piąty młody człowiek deklarował, że publikacja rodzica była dla niego źródłem zawstydzenia. W grupie nastolatków, których rodzice rzeczywiście publikują ich wizerunek, 32 proc. wskazywało na zawstydzenie lub negatywne reakcje rówieśników. To nie są sprzeczne liczby – dotyczą różnych grup i nieco inaczej sformułowanych konsekwencji.
Polska Policja zwróciła uwagę na wyniki raportu także w swoich mediach społecznościowych.
Post Polskiej Policji na X z 23 września 2026 r.
Po kliknięciu „udostępnij” rodzic traci pełną kontrolę
Najbardziej podstawowe zagrożenie nie wymaga ani hakera, ani sztucznej inteligencji. Wystarczy zrzut ekranu. Zdjęcie można pobrać, skopiować, przesłać dalej, opublikować w innym serwisie albo wykorzystać poza kontekstem, w którym pierwotnie zostało pokazane. Usunięcie wpisu z własnego profilu nie oznacza usunięcia wszystkich kopii, które mogły wcześniej powstać.
Problem jest szczególnie widoczny, gdy rodzic publikuje treści publicznie. Według materiałów kampanii nadal robi tak 24 proc. ankietowanych rodziców. Nawet ustawienie profilu jako prywatnego nie daje jednak pełnej kontroli. Materiał nadal może zostać zapisany lub przekazany dalej przez osobę należącą do grona odbiorców.
Dlatego pytanie „kto zobaczy moje zdjęcie?” jest zbyt wąskie. Właściwe brzmi: „co może się z tym materiałem stać, gdy zobaczy go choć jedna osoba spoza mojego domu?”
„Śmieszny filmik” może stać się narzędziem przemocy rówieśniczej
To, co dla dorosłego jest zabawnym wspomnieniem z kąpieli, wakacji, rodzinnej imprezy czy dziecięcego potknięcia, dla nastolatka kilka lat później może być materiałem upokarzającym. Internet dodatkowo zmienia skalę zjawiska: kompromitująca fotografia nie musi już krążyć wyłącznie między kilkoma osobami w klasie. Może zostać zapisana, przerobiona na mem i wielokrotnie przesyłana.
Według danych przywoływanych w materiałach kampanii 12 proc. dzieci deklaruje, że było wyśmiewanych przez rówieśników z powodu treści opublikowanych przez rodziców. Dr Dominika Bartoszak z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza zwraca uwagę, że konsekwencje mogą dotykać jednocześnie poczucia własnej wartości, autonomii dziecka, zaufania w relacji z rodzicem oraz relacji z rówieśnikami.
To szczególnie ważny aspekt sharentingu. Materiał nie musi być obiektywnie kompromitujący, aby dziecko odbierało go jako naruszenie. Granice prywatności rodzica i dziecka nie muszą być takie same. Dorosły może z dumą publikować fotografię, której nastolatek nie chciałby pokazać nawet najbliższym kolegom.
Sztuczna inteligencja sprawiła, że stare zdjęcie może dostać zupełnie nowe znaczenie
Jeszcze kilka lat temu największym zagrożeniem było skopiowanie fotografii albo wykorzystanie jej do ośmieszającego mema. Generatywna sztuczna inteligencja radykalnie zwiększyła liczbę możliwych nadużyć. Z jednego zdjęcia można dziś tworzyć realistycznie wyglądające fałszywe obrazy i filmy, a z dostępnych nagrań także materiały imitujące głos konkretnej osoby.
Materiały kampanii poświęcone AI wskazują m.in. na możliwość tworzenia seksualizowanych deepfake’ów, wykorzystywania zmanipulowanych materiałów do szantażu oraz oszustw skierowanych przeciw rodzinie. Przestępca może np. wykorzystać publiczne materiały do przygotowania fałszywego nagrania sugerującego porwanie dziecka i próbować wyłudzić pieniądze od rodziców lub dziadków.
Nie oznacza to, że opublikowanie każdego zdjęcia prowadzi do takiego scenariusza. Ryzyko polega na czymś innym: rodzic dostarcza do publicznej przestrzeni materiał źródłowy, którego późniejsze wykorzystanie przestaje zależeć od jego decyzji. Im więcej fotografii, filmów, próbek głosu i informacji o dziecku znajduje się publicznie w sieci, tym bogatszy zestaw danych można wykorzystać do stworzenia wiarygodnej manipulacji.
Najcięższy scenariusz: wykorzystanie wizerunku przez sprawców przestępstw seksualnych
Centralne Biuro Zwalczania Cyberprzestępczości ostrzega wprost, że materiały z dziećmi mogą dostać się w niepowołane ręce i zostać wykorzystane w celach przestępczych, w tym przez osoby zainteresowane seksualnie dziećmi.
Materiały kampanii opisują kilka odrębnych zagrożeń. Zdjęcie może zostać użyte do stworzenia seksualizowanego deepfake’u. Zmanipulowany materiał może posłużyć do sextortion, czyli szantażu z wykorzystaniem treści o charakterze intymnym. Informacje z profilu mogą też ułatwiać grooming – budowanie przez sprawcę relacji i zaufania z dzieckiem w celu późniejszego wykorzystania seksualnego.
Niebezpieczeństwo nie dotyczy wyłącznie zdjęć nagości czy półnagości. Fotografia z placu zabaw, nazwa szkoły na budynku w tle, mundurek, lokalizacja treningu, godziny zajęć czy regularnie oznaczane miejsce zamieszkania mogą pozwolić obcej osobie zbudować zaskakująco dokładny obraz codzienności dziecka. Według raportu 6 proc. młodych respondentów deklaruje, że ich zdjęcie zostało wykorzystane przez obcą osobę.
Jedno zdjęcie może ujawnić więcej niż sam wizerunek
Sharenting bywa analizowany głównie przez pryzmat twarzy dziecka, ale współczesne zdjęcie jest zbiorem informacji. Kadr może zdradzić szkołę, klub sportowy, osiedle, często odwiedzany plac zabaw, miejsce wakacji, dane z dokumentu trzymanego w dłoni albo informacje o zdrowiu widoczne na szpitalnej opasce.
W poradnikach kampanii zwrócono uwagę m.in. na zdjęcia w stroju kąpielowym, podczas kąpieli, na placu zabaw, ze świadectwem czy wykonane w placówce medycznej. Każdy taki materiał stwarza inny rodzaj ryzyka. Świadectwo może ujawnić dane identyfikacyjne. Zdjęcie ze szkoły lub boiska – codzienną lokalizację. Publikacja z wakacji w czasie rzeczywistym może przy okazji poinformować, że dom rodziny pozostaje pusty.
Największy problem powstaje często nie przez pojedyncze zdjęcie, ale przez sumowanie danych z wielu lat. Urodziny ujawniają wiek i przybliżoną datę urodzenia, początek roku szkolnego – szkołę, trening – zainteresowania i harmonogram, wakacje – zwyczaje rodziny. Osobno informacje mogą wydawać się nieistotne. Razem tworzą cyfrowy profil osoby, która nigdy nie zdecydowała, że chce taki profil posiadać.
Rodzic może decydować za dziecko, ale nie jest właścicielem jego prywatności
Polskie prawo nie zawiera obecnie prostego zakazu publikowania przez rodziców zdjęć swoich dzieci. Wizerunek jest jednak dobrem osobistym i podlega ochronie. Zgodnie z art. 81 ustawy o prawie autorskim rozpowszechnianie wizerunku co do zasady wymaga zezwolenia osoby przedstawionej na zdjęciu. W przypadku małoletnich zgodę w ich imieniu podejmują rodzice lub opiekunowie prawni.
Nie jest to jednak nieograniczone prawo do dysponowania prywatnością dziecka. Jak przypomina poradnik Ministerstwa Cyfryzacji i NASK, rodzice są jednocześnie zobowiązani działać dla dobra dziecka. Publikowanie treści uwłaczających jego godności lub przedstawiających je w sytuacjach intymnych może tę zasadę naruszać.
Rzecznik Praw Dziecka i Urząd Ochrony Danych Osobowych zwracają dodatkowo uwagę na autonomię, prawo do prywatności, ryzyko podszywania się pod dziecko, manipulowania jego wizerunkiem, hejtu oraz przemocy rówieśniczej i seksualnej. Ministerstwo Sprawiedliwości prowadzi prace nad rozwiązaniami mającymi zwiększyć ochronę wizerunku najmłodszych w internecie. Debata prawna zmierza więc w stronę pytania nie tylko o to, czy rodzic formalnie może opublikować materiał, ale także czy dana publikacja rzeczywiście służy dobru dziecka.
Prywatność dziecka powinna zaczynać się w domu
Właśnie tutaj kampania dotyka najbardziej niewygodnego aspektu problemu. Dzieci uczy się, aby nie wysyłały zdjęć nieznajomym, chroniły dane, nie podawały miejsca zamieszkania i ostrożnie budowały swój cyfrowy ślad. Tymczasem pierwszą osobą, która publikuje ich twarz, nazwisko, szkołę, codzienne zwyczaje czy najbardziej prywatne chwile, bywa własny rodzic.
Przerażające jest dla mnie to, że w obecnych czasach w ogóle potrzebujemy kampanii przypominającej dorosłym, że mają chronić prywatność własnych dzieci. To rodzic lub opiekun powinien być pierwszą osobą, która stawia granicę i myśli kilka kroków do przodu. Z pozoru śmieszny filmik może po latach stać się powodem wyśmiewania w szkole czy konfliktów z rówieśnikami, ale konsekwencje mogą być znacznie cięższe. Zdjęcia dziecka mogą zostać skopiowane, przerobione przez AI, wykorzystane do groomingu, szantażu albo trafić do sprawców przestępstw seksualnych wobec dzieci. Rodzic publikuje materiał w kilka sekund, natomiast dziecko może ponosić skutki tej decyzji przez wiele lat.
Łukasz Ptak
Nie chodzi przy tym o wywoływanie paniki ani o twierdzenie, że każda rodzinna fotografia w internecie prowadzi do przestępstwa. Chodzi o zmianę kolejności myślenia: najpierw interes i bezpieczeństwo dziecka, dopiero później potrzeba podzielenia się chwilą z odbiorcami.
Sześć pytań przed publikacją może wystarczyć, by uniknąć części ryzyka
Autorzy kampanii zachęcają, aby przed publikacją zatrzymać się na chwilę. W praktyce warto sprawdzić sześć rzeczy:
- Czy dziecko wie o publikacji i – jeśli jest w stanie świadomie wyrazić zdanie – zgadza się na nią?
- Czy materiał nie przedstawia sytuacji intymnej, ośmieszającej, związanej z chorobą, nagością lub silnymi emocjami?
- Czy w kadrze nie widać szkoły, adresu, dokumentów, lokalizacji, danych medycznych lub innych informacji pozwalających zidentyfikować codzienną rutynę dziecka?
- Kto naprawdę ma dostęp do publikacji i czy materiał musi być publiczny?
- Czy zaakceptowałbym sytuację, w której zdjęcie zobaczą za pięć lub dziesięć lat koledzy dziecka, nauczyciel albo przyszły pracodawca?
- Czy tego samego celu nie można osiągnąć bez publikacji – np. wysyłając zdjęcie bezpośrednio kilku bliskim osobom?
To ostatnie pytanie jest szczególnie istotne. Rodzinne wspomnienie nie staje się mniej wartościowe tylko dlatego, że pozostaje w prywatnej galerii, albumie albo zamkniętej rozmowie.
Co zrobić z materiałami, które już są w sieci?
Rodzic, który przez lata publikował zdjęcia dziecka, nie musi uznawać, że jest już za późno. Dobrym pierwszym krokiem jest przegląd własnych profili i usunięcie materiałów szczególnie wrażliwych: zdjęć intymnych, dokumentów, informacji o zdrowiu, oznaczeń szkoły, domu i regularnych miejsc pobytu.
Warto także ograniczyć widoczność starszych wpisów, wyłączyć publiczne oznaczanie lokalizacji, sprawdzić albumy udostępnione przez członków rodziny i – przede wszystkim – porozmawiać z dzieckiem. Jeżeli wskaże zdjęcie, którego nie chce mieć w internecie, usunięcie go powinno być naturalną reakcją, a nie negocjacją o to, do kogo „należy” rodzinne wspomnienie.
Jeżeli materiał został wykorzystany do nękania, podszywania się, szantażu lub seksualnego wykorzystania wizerunku, należy zachować dowody – np. adresy stron i zrzuty ekranu – zgłosić treść administratorowi platformy, a w przypadku podejrzenia przestępstwa skontaktować się z Policją.
Najważniejszy efekt kampanii powinien pojawić się przed zrobieniem posta
„Status: Udostępnione” nie przekonuje, że każda fotografia dziecka powinna zniknąć z internetu. Znacznie ważniejsze jest przesunięcie granicy odpowiedzialności. Publikowanie wizerunku dziecka nie powinno być automatycznym elementem rodzicielstwa ani ceną za prowadzenie własnego profilu w mediach społecznościowych.
Dorosły podejmuje decyzję w kilka sekund, ale jej przedmiotem jest cudza prywatność. Co więcej, prywatność osoby, która znajduje się w znacznie słabszej pozycji, nie zawsze potrafi zaprotestować i przez wiele lat nie ma realnej możliwości kontrolowania stworzonego przez dorosłych cyfrowego śladu.
Najprostsza zasada kampanii jest więc zarazem najbardziej trafna: pomyśl, zanim udostępnisz. Nie o tym, ile reakcji zbierze zdjęcie. O tym, czy osoba widoczna na nim kiedyś podziękuje za decyzję o jego publikacji.
Źródła
- Komenda Główna Policji – „Nie każde wspomnienie musi mieć status: udostępnione”
- T-Mobile Polska – oficjalna strona kampanii „Status: Udostępnione” i raport o sharentingu
- T-Mobile Polska – informacja prasowa o kampanii
- UNICEF Polska – informacje o kampanii i prawach dziecka
- T-Mobile – „Zdjęcie dziecka w sieci – pamiątka czy ryzyko?”
- T-Mobile – „Sharenting w erze AI”
- Centralne Biuro Zwalczania Cyberprzestępczości – wizerunek dziecka w sieci
- Urząd Ochrony Danych Osobowych – „Chrońmy dzieci w cyfrowym świecie”
- Rzecznik Praw Dziecka – ochrona wizerunku dzieci, sharenting i deepfake
- Ministerstwo Cyfryzacji i NASK – poradnik „Sharenting i wizerunek dziecka w sieci”
- Ministerstwo Sprawiedliwości – prace nad zwiększeniem ochrony wizerunku dzieci w sieci


